22 grudnia 2014

13. Brak komentarzy:

Kończy się grudzień i, zamiast ubierać choinki czy piec pierniczki, nagle wszyscy podsumowują miniony rok. Ja też co roku tradycyjnie to robię, tradycyjnie wcześniej o tym zapominam i tradycyjnie przypominają mi o tym ludzie wzdychający nad tym, co wydarzyło się te 10 czy 11 miesięcy temu. W tym roku postanowiłam zmienić trochę formę i podzielić się tymi wspomnieniami nie tylko ze swoją szufladą, jak miałam w zwyczaju rok, dwa, pięć temu.

Nie wiem od czego zacząć i nie wiem jak to sobie ułożyć. Miesiącami? Tematami? Najpierw to co złe, a na zakończenie to, co dobre? Mam bałagan wokół siebie i w sobie, więc siłą rzeczy tu też będzie panował niemały bałagan. Jedyne co wiem, to to, że jak zwykle nie będę rzucać imionami na prawo i lewo. Bo po co. Trzymajcie się, bo cofamy czas o jakieś 356 dni – aż do pierwszego stycznia 2014 roku.

Po sylwestrze obudziłam się z obolałą szyją i bez sukienki, och, gdybym już wtedy potrafiła wyciągnąć odpowiednie wnioski i domyślić się, że to oznaka bolesnego roku pełnego niespodzianek (dla zainteresowanych: później okazało się, że sukienkę sama przebrałam na dres, po prostu mojej pijanej pamięci umknął ten subtelny szczegół poprzedniego wieczoru). Pamiętam traumatyczną wycieczkę rozklekotanym PKSem z powrotem do domu i umieranie w łóżku i rozcieranie siniaków aż do wieczora przy dźwiękach Topu Wszechczasów i litrach ciepłego mleka. Podobno jaki pierwszy dzień stycznia, taki cały rok i w moim przypadku trochę się to sprawdziło. Trochę bardzo.

Mój umysł jakiś czas temu przyjął zasadę, że wypiera z pamięci wszystkie złe wydarzenia, zapomina o nich w trybie natychmiastowym. Dlatego pierwsze cztery (?) miesiące tego roku są dla mnie swego rodzaju plamą, pamiętam że topiłam się i łapałam oddech dzięki kojącym dźwiękom pierce the veil, pamiętam, że nic nie szło tak jak powinno, że nigdy w życiu nie czułam się tak samotna i tak zagubiona jak wtedy. Pamiętam parę ważnych wydarzeń.

Swoje dwudzieste urodziny, te w rodzinnym gronie, a potem te wśród znajomych. Chyba nigdy wcześniej nie dostałam tylu kwiatów i dopiero wtedy uświadomiłam sobie, że to i świadomość, że ludzie mnie doceniają – a tamie miałam wrażenie – jest lepsze, niż jakikolwiek prezent. 

Pamiętam 5 lutego, wieczór w którym wymyśliłam, że rejestracja na twitterze to wspaniały pomysł i pamiętam 11 lutego, wieczór w którym okazało się, że ten jeden raz nie pomyliłam się i podjęłam słuszną decyzję.

Chciałabym powiedzieć, że od 11 lutego wszystko zmieniło się na lepsze i z dnia na dzień byłam szczęśliwszym człowiekiem. Nie byłam. Topiłam się jeszcze długo, do początku czerwca, ale po drodze napotkałam wiele wyciągniętych w moją stronę dłoni, których mogłam się schwycić, w tym tą najważniejszą, która nadal mocno trzyma mnie za kudły na powierzchni za każdym razem kiedy znów tracę oddech.

Nie wiem skąd przyszły zmiany, nie mam pojęcia skąd wzięła się ta najważniejsza, nie pamiętam konkretnego momentu w którym z „nie chcę obudzić się jutro” przeszłam na „być może jest w tym jakikolwiek sens”. Wiem, że wydarzyło się wiele rzeczy. Moje ambicje dostały cegłówką w potylicę, kiedy odrzucili wszystkie moje aplikacje na studia w Wielkiej Brytanii, drugi rok z rzędu. Moje ambicje dostawały butem w mordę raz za razem, kiedy oblewałam kolejne kolokwium czy egzamin. Moje ambicje zostały wdeptane w twardą ziemię, kiedy dotarło do mnie, że nie zdam, że będę musiała powtórzyć cały rok, który był dla mnie piekłem. A z drugiej strony – nagle zobaczyłam dookoła siebie ludzi, którym zależy. Ludzi, którzy powtarzali mi, że jestem ważna. Którzy, w momentach kiedy nie mogłam spojrzeć w oczy samej sobie, szeptali mi po cichu, że jakoś to będzie, że damy sobie radę. Dosłownie – jak mój ojciec, który słysząc pod koniec maja mój zaryczany głos powtarzający że się poddaję, kazał rzucić wszystko i łapać pierwszy pociąg do domu – i całkiem nieświadomie, jak O. mówiąca mi że jakaś piosenka kojarzy jej się ze mną, coś czego nigdy w życiu nie usłyszałam od nikogo innego.

Pamiętam, że kiedy pierwszy raz usłyszałam of mice & men (styczeń? luty? nie pamiętam?), nie miałam pojęcia że ten zespół tyle zmieni i namiesza w moim życiu. Że dzięki niemu poznam tyle wspaniałych osób i że dzięki niemu w końcu zamiast wodą zakrztuszę się świeżym powietrzem i zakrztuszę się radością i że zamiast z rozpaczy w końcu rozpłaczę się ze szczęścia. Od końca maja było lepiej. Było o wiele, wiele lepiej. W końcu coś zdałam, koncerty na które czekałam tyle czasu w końcu zaczęły majaczyć na horyzoncie a nie tylko w jakiejś abstrakcyjnej przyszłości, w końcu poczułam, że nie jestem w tym wszystkim sama. Pogodziłam się z faktem, że zawaliłam studia, nadal traktowałam (i traktuję) to jak swoją życiową porażkę, ale widziałam też światełko na końcu tunelu. Widziałam w tym jakiś sens, w końcu przypomniałam sobie swoje powtarzane przez pół życia „przypadki nie istnieją”.

Czasem myślę sobie, że 2014 zaczął się dla mnie dopiero 3 czerwca, że ten pieczący ból igły na żebrach sprawił, że w końcu doszłam do siebie i spadły mi te cholerne ciemne klapki z oczu. „Nie rób sobie tatuażu pod wpływem impulsu” – mówili. Co jeśli powiem wam, że być może ten impuls uratował mi życie? Lubię myśleć, że to właśnie od tamtego dnia wszystko zaczęło się układać, lubię doszukiwać się sensu w takich drobiazgach i widzieć to jako punkt kulminacyjny, do którego wszystko zmierzało, który położył kres całej tej plamie, jaką było pierwsze 5 miesięcy. 

Dwa tygodnie później, w Warszawie, spędziłam najlepsze trzy dni tego roku. A przynajmniej tak mi się wtedy wydawało, bo kolejne dwa tygodnie później ta teoria wzięła w łeb, kiedy od bladego świtu siedziałyśmy pod eskulapem i podjechał ten cholerny tourbus i… chyba każdy już zna resztę tej historii. Wtedy też znacznie powiększyło się grono „ludzi, którym na mnie zależy i jestem tego pewna” i za to wam dziękuję. OWF był początkiem pięknego lata i pięknych wakacji, pełnych spotkań i śmiechu i muzyki i odnajdywania siebie i swoich przyjaciół. Nagle znałam każde drzewo nie tylko na trasie Poznań-Wrocław, ale też Wrocław-Warszawa. Nagle miałam z kim spacerować i okazało się, że Poznań nie kończy się na wysokości dworca głównego i że stary rynek też może być piękny i że nie ma nic zabawniejszego niż siedzenie na ławce w parku o 2 w nocy z butelką różowego wina. I że spanie na podłodze jest wykonalne, pod warunkiem że ma się w zasięgu ręki mikrofalówkę i trzy sezony Sherlocka. Patrząc z perspektywy czasu, nie potrafię zliczyć tych spotkań i godzin przesiedzianych na nieswoim (a może już trochę swoim) łóżku, ogrodzie, pomoście, ale wiem, że nie zamieniłabym ich na żadną Kalifornię. 

Pomysł z wyjazdem do Berlina był szalony. Cały tamten tydzień był szalony, wyjazd w środku nocy, spanie w hostelu, słowne (i trochę mniej) potyczki z Niemkami i zobaczenie ukochanego zespołu na żywo drugi raz w ciągu półtora miesiąca. Brzmi jak sen? Ja nadal nie wierzę, że to zdarzyło się naprawdę. Tak samo, jak kolejny tydzień spędzony w moim pustym domu we Wrocławiu razem z najwspanialszymi ludźmi na świecie. Tydzień, w którym dużo, dużo, dużo się zmieniło. Na lepsze.

Wrzesień był najpiękniejszym zwieńczeniem wakacji. Wiedziałam, że tym razem nie będę już mieszkać sama, we czworo znaleźliśmy piękne mieszkanie, w końcu udało mi się zdać ten jeden egzamin, który wisiał nade mną od końca czerwca, przez trzy tygodnie mogłam nacieszyć się psem, który niestety nie zabawił u nas długo, i właściwie aż do samego początku roku akademickiego korzystałam z wakacji najbardziej jak tylko mogłam.

Tradycja jest taka, że zawsze coś psuje się wraz z nadejściem jesieni. Tyle ludzi odeszło, tyle osób w moim życiu zostawiło mnie na lodzie i na tylu się zawiodłam, że straciłam rachubę już jakieś dwadzieścia lat temu. Ale – niespodzianka – za każdym razem to boli tak samo. I nieważne, czy zawodzisz się na człowieku, który okazał się być zupełnie kimś innym niż sądziłaś, czy sama musisz podjąć decyzję o odejściu. Tajemnica tkwi w tym, że to przechodzi. Szczególnie, jeśli twój umysł rzeczywiście upiera się przy zacieraniu tych złych wspomnień.

I jakoś tak sobie trwam od października. W szczęściu, czasem mniejszym, czasem większym, kursując po trójkącie poznań-warszawa-wrocław i chyba nie mogę narzekać. Ewentualnie na własną głupotę i reakcje stresowe, bo tu zawalę jakieś kolokwium, tu zarwę nockę, tu pojadę na wycieczkę do Drezna bez czapki i będę chora przez kolejny tydzień, ale ogólnie: jest dobrze. W wieku (prawie) 21 lat chyba w końcu zaczynam doceniać to, co mam i cieszę się z miejsca, w jakim się znajduję. Będę miała w tym roku 4 wigilie. 2 już za mną, w studenckim i exlicealnym gronie, a przede mną kolejne 2: z rodziną i z najważniejsząosobąnaświecie. Nauczyłam się, że mam prawo otaczać się takimi ludźmi, jakimi chcę i na jakich zasługuję, więc wszystkie toksyczne relacje poszły daleko w odstawkę. Nadal uczę się widzieć w innych to, co dobre, jest ciężko, ale krok po kroku dochodzę do wprawy. Jest wiele momentów, w których znów wybijam sobie zęby o chodnik i leżę i ryczę i nie wiem, co ze sobą zrobić, ale patrząc wstecz jestem dumna, że zaszłam tak daleko. Jeszcze parę miesięcy temu nawet nie przyszłoby mi na myśl, że będzie tak pięknie.

Plany na najbliższe tygodnie i na resztę 2015? Być szczęśliwą i doceniać to, co mam. Doceniać każdego z osobna. Chodzić na koncerty i chodzić na spacery, trzymać się barierek i trzymać się za ręce. Zdać ten rok. Uwierzyć w siebie. A mniej patetycznie: schudnąć tak z 10 kilo i zmieścić się w tą piękną sukienkę.

Wesołych świąt.

12 listopada 2014

12. Brak komentarzy:

w momencie kiedy powinnam siedzieć i kuć reakcje, etapy i enzymy glukoneogenezy (a może glikoneogenezy?) na jutrzejsze kolokwium, dorwała mnie wena. więc piszę nie w zeszycie, a tu. 

pamiętam, jak w niedzielę leżałam w łożku i w półśnie wymamrotałam coś w stylu "jest tysiąc rzeczy, które chcę ci powiedzieć, ale nie wiem od czego zacząć". i to jest mój problem. potrafię pisać, mogłabym pisać poematy, listy, te miłosne i te trochę mniej, potrafiłabym w jedną noc napisać książkę o tym co czuję. tyle razy potrafię powtórzyć, że warto rozmawiać, że trzeba rozmawiać. kłótnia? potrafię wyjaśnić o co mi chodzi w wiadomości długiej jak rozdział niejednej powieści. ale gdyby przyszło co do czego, nigdy nie przejdzie mi to przez gardło. sztuka rozmowy zanika, bo mamy telefony, tablety, komputery, chowamy się za wyświetlaczami i momentami czujemy się anonimowi nawet dla najbliższych osób. 

jestem tchórzem. wiem i potrafię to przyznać przed sama sobą, śmiejesz sie ze mnie, wszyscy się z tego śmieją łącznie ze mną samą, ale nadal wolę wszystko załatwiać pisemnie. to daje czas do namysłu, na dobór odpowiednich słów, na wzięcie głębokiego wdechu jesli odpowiedź trafia cię jak rozpędzony samochód kiedy ty chciałas tylko spokojnie przejść przez przejście dla pieszych. oczywoście, to dobrze że potrafię pisać, bo znajduję w tym ukojenie, wolę to niż mysli kłębiące sie w głowie i przysłaniające jasność umysłu. i polecam to każdemu.

ale chcę nauczyć się rozmawiać. muszę. chcę znaleźć w sobie odwagę, żeby stanąć z kimś twarzą w twarz i powiedzieć: nie podoba mi sie to i to, nie odpowiada mi twoje zachowanie, uważam ze to i to jest złe, krzywdzisz mnie. albo zupełnie inaczej: kocham cię. kocham cię tak jak jeszcze nigdy nikogo i wszystko to co pisze to prawda której nie potrafię wyartykułowac, tak jakby moje struny głosowe przestawały funkcjonować, a płuca zapadały sie w sobie i nie tłoczyły powietrza z powrotem do krtani. zamiast tego potrafię tylko zwinąć sie w kłębek, przytulić i rozpłakać z nadmiaru emocji. nie potrafię patrzeć w oczy obcym ludziom, ogólnie boję sie mowić. doszukuję sie przyczyny w tym swoim panicznym lęku przed odrzuceniem, przed ocenianiem i ośmieszeniem się, który towarzyszy mi wlaściwie odkąd pamiętam. dlatego mowię tak szybko, dlatego mam problemy z dykcją, dlatego połykam samogłoski i własna matka wywraca oczami każąc mi powtarzać dziesięć razy jedno zdanie. anegdotka o mojej ustnej maturze z angielskiego i o tym jak musiałam ją powtarzać słowo w słowo po raz drugi teraz jest zabawna, ale uwierzcie, półtora roku temu to było piekło. 

robię małe kroczki. niepewne. to wszystko się na nich opiera. ale wiem ze chcę i wiem, że za jakiś czas sie na to zdobędę. że podejdę przy kolejnej okazji do osoby, która sprawia ze mdli mnie z obrzydzenia i nie bede bała się powiedzieć co leży mi na sercu. ze siądę u ciebie na kanapie, zamknę oczy i opowiem ci te wszystkie historie, które bezskutecznie chce ci przekazać za każdym razem. a potem może nawet spojrzę ci w oczy.

22 października 2014

11. Brak komentarzy:

chciałam was powitać odkrywczą myślą, że jesień przyszła i raczej szybko się z nami nie pożegna. od początku września obiecywałam sobię, że tym razem odczaruję tę porę roku i nie wpadnę w moją tradycyjną sezonową depresję. jeszcze się nie poddałam, jeszcze nie jest źle, mam nadzieję że w tym - nienajgorszym - stanie ducha przetrwam najblizsze tygodnie, póki nie poczuję mojej ukochanej świątecznej atmosfery. a wpis będzie kolejną nieudolną próbą poradzenia sobie z natłokiem myśli. o niepewności, głupiopięknych planach, marzeniach i moich zagmatwanych kontaktach międzyludzkich.

no właśnie. tyle razy zastanawiałam się, czemu ludzie ode mnie uciekają, dlaczego straciłam tyle ważnych osób, czym zawiniłam, że stwierdzili że lepiej będzie im beze mnie. teraz rozumiem, że jestem nudna, tak, zawsze znajdzie się ktoś lepszy na moje miejsce, rozumiem doskonale, bo gdybym mogła to sama bym siebie zostawiła. ale powoli zaczęłam rozumieć, dlaczego niektórzy potrafią poradzić sobie w takiej sytuacji, a ja za każdym razem czuję jakby ktoś przemocą wyrwał mi serce i poraził prądem wszystkie nerwy. wierzę, że każdy człowiek ma ograniczoną ilość miłości, którą może dysponować tak, jak potrafi i jak chce. miłość do siebie, do rodziny, do przyjaciół, do szeroko pojętego otaczającego nas świata. stąd biorą się samotnicy, którzy wolą obcować ze sztuką lub przyrodą zamiast z ludźmi i osoby przedkładające rodzinę nad wszystko inne. 

a ja? a ja nie potrafię pokochać siebie, więc tę część miłości, która powinna byc tylko moja, własna, poświęcona na uśmiech w stronę swojego odbicia w lustrze czy docenienie swoich zalet przelewam na innych. bezwarunkowo, naiwnie, z pełną ufnością. i nie potrafię inaczej. a taki jednostronny przepływ miłości zazwyczaj urywa się dość nagle i - dla mnie - boleśnie, zostawiajac mnie samą, zdezorientowaną, z kilogramami uczucia, którego nie mam gdzie ukierunkować. no bo chyba nie w swoją stronę. wolne żarty. dlatego rozstania bolą, dlatego boję się kolejnej straty, dlatego powinnam przede wszystkim nauczyć się kochać siebie. chcę (i zaczynam) wierzyć, że zbliżam się do tego celu każdego dnia i łatwiej przychodzi mi to gdy mam obok osobę, która kocha mnie tak samo bezwarunkowo, jak ja ją. wystarczy tracenia bliskich dla tej pani, enough is enough. tym razem będzie inaczej.

mimo tych postępów / uciekania przed jesienną chandrą od pewnego czasu wisi nade mną jakaś ciężka chmura, szyderczo szepcząc mi do ucha rzeczy, których wcale nie chcę słyszeć. nie podołasz, nie nadajesz się, co robisz na tych studiach. to nie zawód dla ciebie, nie takie miałaś marzenia, nie w tym miejscu się widziałaś, kiedy w podstawówce pisałaś list do dwudziestoletniej siebie. na początku stycznia przekroczę dumny amerykański próg dorosłości i zamiast uśmiechać się i być pewna wszystkich swoich wyborów, nie wiem czy jestem szczęśliwa na myśl o przyszłości jaka maluje się na horyzoncie. miałam być artystką, projektantką, dziennikarką - zostanę lekarzem. oczywiście, jeśli wszystko pójdzie zgodnie z aktualnym planem. ambicja, sumienie i pasja nie pozwalają mi się wycofać, ale momentami łapię się na marzeniach o podróżach, o wolności. no wlaśnie, przecież miałam zwiedzić świat. marzę o bezkresnych drogach, jeździe z przyjaciółmi starym vanem wyłożonym dywanami i śpiworami, mglistych porankach nad jeziorami, wieczorami przy ogniskach na plaży i wiosennych wędrówkach po górach. marzę o koncertach, o pisaniu, a zamiast tego moje najbliższe plany na przyszłość obejmują uczenie się odgałęzień aorty i enzymatycznej syntezy glikogenu. plany odrobinę dalsze z kolei biorą pod uwagę zaliczenie tego roku (tak dla odmiany). rzeczywistość zabija te naiwne dziecięce plany, to chyba moja pierwsza oznaka dorosłości, ale nie chce przestać marzyć. i nie zamierzam.

i boję się, boję się że się nie nadaję, że zawiodę i siebie i innych, nie spełnię swoich marzeń, że obudzę się za dziesięć lat jako zgorzkniała, samotna pani doktor i powiem sobie "mogłam poprowadzić swoje życie inaczej". ale nad tym też popracuję przy okazji ćwiczenia swojego optymizmu i mam nadzieję, że uda mi się uwierzyć i zaufać, ze przyszłość szykuje dla mnie jeszcze parę zwrotów akcji. i że kiedyś, nie jutro, nie za miesiąc, nie za rok, bede mogła stanąć przed lustrem i powiedzieć, ze jestem szczęśliwa i zadowolona z tego w jakim miejscu sie znalazłam, z tego co przeżyłam i z decyzji podjętych w przyszłości. bo każda decyzja zamyka jakies drzwi, ale zazwyczaj otwiera kilka nowych. i że wrócę do Irlandii, na te klify, do tych malutkich miasteczek. i że zamoczę nogi w jeziorze Tahoe i znow będę mogła oglądać zachód słońca z Griffith Observatory. i że nie pojadę tam sama. to jest aktualnie moja osobista definicja odległego szczęścia. odległego, bo to bliskie szczęście mam na codzień. nocne rozmowy, zachody słońca, niespodziewane wycieczki do Warszawy, naleśniki z nutellą, gorące kakao pod - niekoniecznie swoją - kołdrą. o szczęście trzeba walczyć. będę.

7 października 2014

10. 1 komentarz:

Zdenerwowałam się. A jak się denerwuję to automatycznie robi mi się gorzej, chce mi się ryczeć, robi mi się duszno. Miałam tego pod dostatkiem przez ostatnie parę dni, więc piszę. W emocjach, jak zwykle, więc jak zwykle przepraszam za wydźwięk zdań poniższych.

Spotkałam się w niedzielę z K., dziewczyną którą znam od podstawówki. Magiczna znajomość - widujemy się raz na miesiąc, trzy, sześć, ale każde nasze parogodzinne spotkanie otwiera mi oczy na wiele spraw. A najpiękniejsze jest to, że zgadzamy się chyba w każdej kwestii i, że chociaż rozmawiamy rzadko, potrafimy gadać i gadać bez końca. Ale do rzeczy.

W pewnym momencie temat zszedł na K. i jej byłą przyjaciółkę. Byłą, bo baby są jakieś inne i zwykła błaha pierdoła potrafi poróżnić je tak, że po latach bliskości z dnia na dzień przechodzą do etapu "wydłubałabym ci oczy widelcem i wyrwała te parszywe kudły". Tak już mamy, taka jest nasza natura i niektóre znajomości muszą się tak skończyć. Odechciało mi się już strzępić języka i przekonywać ludzi, że warto rozmawiać, bo to jest ogólna życiowa prawda. Tym razem chodzi mi o coś innego.

Masz pełne prawo wybrać, jakich ludzi chcesz w swoim życiu. Możesz sam zdecydować z kim chcesz rozmawiać, w jakim towarzystwie chcesz się obracać i z kim spędzasz czas. Nie potrafisz znaleźć sobie nikogo bliskiego w klasie? No trudno. Zdarza się. Moja klasa w liceum była wspaniała, więc nie mogę się z Tobą zidentyfikować, ale mogę Ci obiecać, że szkoła się skończy i poznasz innych wartościowych ludzi, a o tamtych zapomnisz po miesiącu. Masz przyjaciół w internecie? Świetnie, może kiedyś uda wam się spotkać, może nie, ale pielęgnuj te znajomości jeśli są wartościowe. W realnym życiu ludzie przychodzą i odchodzą, ale w tym wirtualnym również. Dlatego walcz ile możesz o tych, na których ci zależy.

To działa też w drugą stronę. K. desperacko potrzebowała ode mnie rozgrzeszenia za coś, co ujęła jako "gimbusiarskie zagrywki". Zmęczyła się patrzeniem na osobę, z którą nie chciała mieć do czynienia, jej humorkami, rzeczami, które publikowała w internecie specjalnie-przypadkiem-wcale-nie-pod-adresem-K. Któregoś dnia, mając absolutnie dosyć, po prostu wzięła gumkę i wymazała ją ze swojego życia. Wszystkie rozmowy, zdjęcia, znajomość na facebooku, instagramie, unfollowed, blocked, reported. Koniec. Pomijam fakt jak bardzo obrzydliwe jest publiczne oczernianie lub sprawianie komuś przykrości w sieci. Kiedy wiesz, że coś jest skierowane w ciebie, ale równocześnie wiesz, że w realnym życiu ta osoba nie miałaby odwago powiedzieć ci tego w twarz. Brzydzę się takimi ludźmi niesamowicie, anonimowość dodaje odwagi i pola do popisu.

I skąd ten wyrzut u K.? Przed internetem i całym naszym drugim wirtualnym życiem nie było problemu ze zrywaniem znajomości. Jeśli nie chciałeś kogoś w swoim życiu po prostu przestawałeś dzwonić, spotykać się. Taka osoba nie miała wglądu w twoją prywatność, w twoje myśli, w to co aktualnie robisz. Przez rozwój tych wszystkich sieci społecznościowych ludzie czują dziwny obowiązek bycia przyjacielem wszystkich. Nie, twój były chłopak, któy potraktował cię jak gówno nie musi mieć wglądu w to, gdzie byłaś na wakacjach. Nie, dziewczyna z twojego byłego liceum, która rozpuszcza o Tobie plotki w całym mieście nie musi patrzeć, jaką piosenkę udostępniasz. Nie, nie masz obowiązku czytać tego, co pisze o Tobie na twitterze XYZ, bo robi to tylko dlatego że WIE że to czytasz i WIE że zada ci tym ból.

Jeśli potrzebujesz pozwolenia i błogosławieństwa do usunięcia kogoś ze swojego życia - szczególnie tego wirtualnego - OTO ONO. Wybierz sobie znajomych, dobierz ich skrupulatnie i obiektywnie. Nie trać czasu na ludzi którzy zamiast odkrywać w Tobie najlepsze i cieszyć się Twoim szczęściem, sprawiają, że cierpisz. Do ciężkiej cholery, każdy ma prawo do szczęścia i każdy ma prawo wyboru. Ty też.

4 października 2014

9. Brak komentarzy:


w głębi duszy jestem martwa. odrętwiała. tak jak w gimnazjum, kiedy zaryczana słuchałam comfortably numb floydów i wydawalo mi sie, ze kończy sie cały moj świat. znów się żalę. trudno. to boli.

po czterech latach musiałam usiąść naprzeciw osoby, którą kochałam i kocham nadal, z którą dzieliłam większość szczęśliwych i tych gorszych chwil od prawie 50 miesięcy... i powiedzieć jej, że to już nie działa. że to koniec.

czuję się jakby ktoś wyrwał mi serce, cisnął na ziemię i przeprowadził po nim armię czerwoną w najcięższych wojskowych butach. dojrzała miłość nie jest prosta. miłość bywa prosta w liceum, kiedy myślisz, że to już dorosłość, kiedy po lekcjach twój chłopak czeka na ciebie z plecakiem na plecach i wyciągniętym specjalnie dla ciebie papierosem. kiedy na palcach wymykasz się w środku nocy na spacer i czujesz się jak najszczęśliwszy człowiek na ziemi.

z czasem przestało byc łatwo. 200km potrafiło zabić uczucie. odległość. tak samo jak problemy, problemy, jeszcze wiecej problemów, brak rozmowy, słaby kontakt, praca, brak czasu, brak pieniędzy, problemy, odległość. zjebaliśmy. oboje. on to czuł, ja to czułam, bolesne porozumienie, smutny wzrok ale cicha akceptacja. nie ma sensu bawić się w szukanie winnych. niektóre decyzje muszą zostać podjęte, czasami trzeba zachować się jak na dorosłą osobę przystało i stanąć twarzą w twarz z najgorszym scenariuszem.

myślałam, że to bedzie wyglądać inaczej. spodziewałam się łez, histerii - byłam spokojna. bałam się, że nie dotrę do domu o własnych siłach - dałam radę bez większego problemu. ale teraz, leżąc w łóżku ze zgaszonym światłem, wszystko do mnie wraca. duszę się, nie mogę oddychać, całe moje świadome "dorosle" życie to jedno wielkie wspomnienie. osiemnastka. studniówka. pierwsze samodzielne wakacje. święta. sylwestry. to boli, to fizycznie boli i z minuty na minutę serce pęka mi co raz bardziej. ból w jego spojrzeniu, ściśnięty głos, świadomość, że to ja zrobiłam mu tę krzywdę będą nawiedzać mnie w najgorszych koszmarach. chociaż wiem, że żadno z nas nie było święte.

chciałabym powiedzieć, że miłość wystarczy. że zwykle "kocham cię" rozwiąże wszystkie problemy i wątpliwosśi. nie rozwiąże. miłość nie znika z dnia na dzień. po takim czasie ośmielę sie stwierdzić, ze nawet nie z miesiąca na miesiąc. problem zaczyna się, kiedy "kocham cię" ewoluuje w "kocham cię, ale...". w miłości nie ma "ale", miłość jest bezinteresowna. bezwarunkowa. a jeśli nie jest, to witam w mojej spierdolonej rzeczywistości.

to jest pierwszy i ostatni wpis o tej tematyce. desperacka próba rozprawienia się z tym, co aktualnie dzieje się wokół mnie. muszę wstać, otrzepać się i uświadomić sobie, że to wlasnie była ta jedyna słuszna decyzja. nikt nie mógł jej podjąć za mnie, a w wieku 21 lat wypada brać pełną odpowiedzialność za swoje czyny.

i powiem otwarcie, przy zdrowych zmysłach trzyma mnie tylko świadomość, ze mam dookoła siebie ludzi, którym na mnie zależy. nigdy nie przyszłoby mi do głowy, że w jeden wieczor mogę tyle wypłakać. 

update 12 godzin pózniej: w nocy wszystko wydawało sie inne. trudniejsze. wydawało sie, ze poranek nigdy nie nadejdzie. it's always darkest before the dawn. ale slonce znow wstalo, ziemia nie przestała sie kręcić, czas nie zatrzymał się w miejscu. a ja muszę dalej żyć. więc założę słuchawki, ubiorę buty i przywdzieję swój najmniej szczery uśmiech, w głębi duszy modląc się, żeby z powrotem stał się szczery, jak najszybciej.

1 października 2014

8. Brak komentarzy:

rok akademicki zaczął się trzy dni temu, a jutro mam pierwsze kolokwium. fun times. po niecałych trzech dobach obracania się z powrotem w towarzystwie studencko-profesorskim piszę do was spod koca i znad paczki chusteczek, nie mając siły na otworzenie tej osiemsetstronowej cegły do biochemii. bedzie smutno, płaczliwie i do pewnego stopnia żałośnie. przepraszam, potrzebuje tego.

wiecie, co jest największym skurwysyństwem? świadome wypominanie innym ich błędów. publiczne albo personalne. nieważne. jako błąd rozumiem tu każda wadę, złą decyzje, potyczkę, a może i słaby punkt, gorszą stronę. cokolwiek, co dla danej osoby może być POTENCJALNIE krzywdzące.

gdybym miała jedno oko niebieskie, a drugie brązowe, nie usłyszałabym od większości ludzi że wyglądam dziwnie. gdybym urodziła się z jedną nogą krótszą, niewiele osób miałoby tupet, zeby wołać za mną 'kaleka'. nawet otyli ludzie nie usłyszą 'grubas' z ust przeciętnie kulturalnego człowieka. bo to są tematy tabu, bo mogło się stać to to i tamto, bo to nie ich wina.

więc dlaczego będąc na uczelni wyższej, podobno "renomowanej", w założeniu otoczona wysoce wyszkoloną kadrą dydaktyczną i śmietanką społeczną złożoną z moich ambitnych rówieśników, przez trzy dni nasłuchałam się o sobie tyle, ile w życiu nie podejrzewałabym ze usłyszę? no dobrze, podejrzewałam, ale nie w twarz i nie z takiego powodu i nie od takich ludzi.

tak, nie zdałam roku. tak, traktuję to jako jedną ze swoich najwiekszych życiowych porażek. tak, przeryczalam przez to tyle nocy, ze po jakimś czasie straciłam rachubę i tak, wjechało mi to na psychikę na tyle mocno, ze znalazłam sie w miejscu, do którego juz nigdy nie chcę wrócić. ale myślałam, że z ulgą  zamknę ten rozdział, bo w końcu "past is in the past", czyż nie? och, nie mogłam mylić się bardziej.

inna grupa, kolejny rok, ten sam prowadzący. znów panika, znów płacz, znów przerażenie, znów nie potrafię zmusić się do wejścia na tę cholerną salę nie trzęsąc się jak galareta. z tym, że teraz do asortymentu komplementów pana profesora dołączyło "koleżankę juz całkiem dobrze znam", "musiała się koleżanka mocno postarać, zeby oblać rok", "koleżanka będzie chyba naszym specem" i inne tym podobne. i tak w kółko. domniemana elita tego nędznego kraju miała wystarczający tupet, żeby po paru godzinach wątpliwej znajomosci sugerować, ze moja znajomość wszystkich poprawek i trzecich terminów jest zajebiscie zabawna. 

nie, nie jest.

zeszły rok był piekłem, ciągłym pasmem niepowodzeń, które złagodniało dopiero na początku czerwca. i powiem to otwarcie, wolałabym teraz umrzeć niz cofnąć się w czasie o te dwanaście miesięcy, bo i tak zatańczyłam na granicy życia i śmierci parę razy za dużo. i może się usprawiedliwiam, i może to rzeczywiście zabawne, bo 99% osób ten rok zaliczyło, i może to rzeczywiście tylko i wyłącznie moja wina i moja głupota o tym zadecydowały? ale to nie upoważnia nikogo, powtarzam, NIKOGO, do durnowatych docinkow. bo to boli, bo zbyt prędko boleć nie przestanie, bo znow siedzę i wyję i użalam się nad sobą mimo obietnic ze będę silna za dwoje. 

i mowię uniwersalnie, do was wszystkich i każdego z osobna. think before you speak. nigdy nie znacie całej historii. 

10 września 2014

7. Brak komentarzy:

Rzecz bedzie o tesknocie. Dlugo brałam się za ten wpis, chyba sama bałam się z nim zmierzyć. Bo każdy tęskni, za czymś, za kimś, nieważne. Tęskni moja trzynastoletnia siostra, tęsknisz Ty, czytelniku, tęsknię i ja. Nieustannie.

Dotarło to do mnie dwa tygodnie temu, kiedy z sercem połamanym na tysiące kawałeczków leżałam na łóżku, tępym wzrokiem patrząc w sufit i przekonując się, że wszystko ze mną w porządku. Nie, nic nie było w porządku. Tesknota wpelzla mi do mózgu odbierając zdolność do skupienia się na czymkolwiek. Do wykonania najprostszej ludzkiej czynności. Byłam tylko ja, poduszka i to cholerne uczucie pustki, które fizycznie brzęczało mi w uszach. A przecież nic takiego się nie stało. Przecież ja tylko wróciłam do domu. Pomyślałam sobie w końcu, że jeśli tak ma wyglądać każdy koniec pięknego weekendu, to najwyższy czas nauczyć się sobie z tym radzić, bo przez tamte parę dni balansowałam na granicy szaleństwa.

Są trzy rodzaje tęsknoty. 

Jest tęsknota toksyczna, wyniszczająca, za czymś, co nigdy nie wroci. Jak dementor w zakazanym lesie w trzeciej części HP, wysysa z człowieka całe szczęście, zamieniając je na cierpienie i ból. Jedynym rozwiązaniem jest wyrwać sie z tego jak najszybciej, nie pielęgnować w sobie uczuć, które niszczą cię od środka. Kiedy odszedł Ł. ("odszedł" to piękne słowo żeby opisać JAK to zrobił, pisząc do mnie dwuzdaniowa wiadomość tekstowa i zapominając o mojej egzystencji) płakałam przez tydzień. Nie jadłam, nie wychodziłam z pokoju, nie odzywałam sie do nikogo ani słowem. Siedziałam i płakałam, schudłam 5 kilo, nie widziałam swiata przez zapuchnięte oczy, a moja matka wykupiła dla mnie chyba cały zapas chusteczek w promieniu 10km. W końcu zabrakło mi łez. Tęsknilam przez rok. Codziennie czułam sie jakby ktoś brutalnie wyrywał cząstkę mnie, kiedy mijalam go na zbyt ciasnym szkolnym korytarzu, kiedy przez rok patrzyłam na najważniejszego człowieka w moim życiu ze świadomością, że ja juz nigdy nie bede dla niego tym kimś, kim on nadal był dla mnie. Aż któregoś dnia obudziłam sie z głośnym "wystarczy". I wystarczyło. Odnalazłam wokół siebie innych wartościowych ludzi, a dzieki nim na powrót odnalazłam siebie. Zrozumiałam, ze straciłam ten rok niszcząc się psychicznie na własne życzenie. Cztery lata pózniej to wspomnienie nadal boli i chyba nie przestanie, ale już nie tęsknię. Nie ma za kim, nigdy nie było. I cieszę sie, ze położyłam temu kres zanim to tęsknota skończyła ze mną.

Jest tęsknota sentymentalna, za miejscem, za wydarzeniem, za pewnym okresem w życiu, który minął. Za czymś, co moze wrócić ale nie musi. Tak, jak myśl o koncercie, ktora zawsze przepełnia mnie dziwną nostalgią, ale za razem wywołuje uśmiech. Tak jak wspomnienia z liceum i przywoływanie tysiąc razy anegdotek sprzed paru lat. Tak jak gdy przeglądam zdjęcia z wakacji rok temu, kiedy patrzę na swoją uśmiechniętą twarz, na Venice Beach rozciągająca sie za moimi plecami i czuję jak cos ściska mnie za gardło. Bylo tak pięknie, tak beztrosko, tak... Inaczej. Tęsknię. Ale mimo wszystko uśmiecham sie, do zdjęć, do wspomnień. Było. Minęło. To nie znaczy, ze nie będzie lepiej, piękniej, to nie znaczy, ze tam nie wrócę.

Jednak najpiękniejsza i ta, której wam życzę, jest ta ostatnia. Radosna, pełna nadziei. To z nią uczę się rozprawiać, rozmawiać, to ją próbuję oswoić. Kiedy żegnasz kogoś, kogo kochasz nad życie, kiedy przytulasz go na pożegnanie i twoj mózg jest gdzieś pomiędzy "z miłości zmiażdżę każdą najmniejszą kosteczkę w twoim ciele", a "zapakuję cię do walizki i zabiorę ze sobą", kiedy twoje serce chce wybuchnąć z żalu ale nie może, bo miłość i szczęście kurczowo trzymają je w całości - to właśnie to. I mimo, że w podświadomości tkwi to przeklęte uczucie pustki, mimo że łzy cisną się do oczu kiedy patrzę, jak znikasz mi z oczu stojąc na schodach odjeżdżającego pociągu. Kiedy moj autobus zostawia w tyle peron 1 i wyjeżdża w stronę mojego rodzinnego miasta. Te wspomnienia nie bolą. Nie ranią. Niezmiennie przywołują na twarz uśmiech, grzeją zmarznięte w deszczu dłonie i przywracają blask zmęczonym oczom. Wiem, ze wrócę. Wiem, ze wrócisz. I bede tęsknić, jak cholera. Ale bede rownież czekac. I będę szczęśliwa, bo wiem, ze jesteś.

3 września 2014

6. Brak komentarzy:

Jestem tak bipolarna, że zasługuję na medal, pozdrawiam spod biurka, pod które wpędziły mnie własne myśli. Tak, lubię tu przesiadywać kiedy mi źle. Ale powoli stąd wychodzę, jedną nogą jestem już na środku pokoju. Całe szczęście ten wpis powstał prawie w całości parę godzin temu i będzie pierwszym tutaj w stu procentach optymistycznym tekstem. Tak, takie też piszę.

Zawsze miałam obsesję na punkcie odliczań. Odkąd pamiętam szukałam sobie jakichś, bardziej lub mniej odległych w czasie, punktów zaczepu. Mam na to dowody, bo wczoraj wzięłam się za porządki w moim wspomnieniowo-sentymentalnym pudle i znalazłam zeszyt z podstawówki (!), w którym można przeczytać jak pogrążona w listopadowej chandrze dwunastoletnia Amy żali się, że nie wie do czego ma odliczać po swoich trzynastych urodzinach.

I od niewinnego przeglądania starych bazgroł się zaczęło, a skończyło się na wniosku, że właściwie to całe życie jesteśmy uczeni odliczania i kompletnego braku szacunku dla czasu. „Pół roku i będę w gimnazjum”, powtarzałam sobie zatykając uszy żeby nie słyszeć docinków moich podstawówkowych kolegów i koleżanek. „4 tygodnie do świąt”, widzimy w jednej z pierwszych scen mojego ukochanego Love Actually. „Za sto dni matura”, usłyszałam półtora roku temu w styczniu. „68 dni i wracam do domu”, myślałam w zeszłe wakacje patrząc na małą Irlandkę, którą się opiekowałam. „100 dni do festiwalu”, „50 dni do koncertu”, „24 godziny do ponownego spotkania” – to już te najbardziej aktualne. No ale, przejdźmy do sedna sprawy.

Leżałam dzisiaj w łóżku, dochodziło południe, a ja byłam zbyt zajęta przeżywaniem rozstania Colina i K-19 (tak, znów niezastąpiony John Green) żeby w ogóle pomyśleć o tym, że wypadałoby wystawić głowę chociażby na balkon. Brutalnym powrotem do rzeczywistości był telefon od mojej rodzicielki, która w żołnierskich słowach kazała mi się ruszyć, załatwić sto różnych rzeczy i „w końcu wyjść z pokoju, bo to nie jest normalne”. Sklęłam swój telefon po naciśnięciu czerwonej słuchawki, przyznaję się bez bicia, ale kiedy w końcu zmusiłam się do stanięcia przed lustrem w końcu chyba coś zaczęło do mnie docierać.

Od powrotu z warszawy w zeszły wtorek do dzisiejszego poranka wyszłam z domu raz, na cały dzień, tylko z powodu przymusowej wycieczki do Poznania. Codziennie tłumaczyłam się tym, że „poprawka w poniedziałek”, „jeszcze trzy dni i wrócę do normalności”, po czym oblałam poprawkę i wróciłam, ale do siedzenia w domu. Moja matka, potrafiąca wyrazić swoje zmartwienie tylko w udzielaniu mi niezbyt subtelnych reprymend, prześcigała sama siebie w wyszukiwaniu mi pozadomowych zajęć, które ja zbywałam bo „byle do piątku, w piątek będę już w warszawie”. I patrząc w to lustro dzisiaj rano dotarło do mnie, że dawno nie byłam tak strasznie rozczarowana sobą.

Pamiętam te wszystkie swoje wakacyjne plany, schudnę, opalę się, przeczytam to to i tamto, a tu nagle wrzesień, liście z drzew lecą, a ja siedzę kolejne dwa kilo cięższa, blada jak ściana, z czołem, któremu chyba bliżej do pizzy niż do nieskazitelnej gładkiej cery, z pierwszą niehistologiczną książką czytaną od… połowy czerwca? Jak zwykle wszystkie plany trafił szlag. I nie, w życiu nie usłyszycie ode mnie, że źle spędziłam to lato, bo to był najpiękniejszy czas odkąd pamiętam. Po prostu świadomość, że parę tygodni przeleciało mi na „za parę dni będę tu i tu, więc teraz mogę leżeć i patrzeć w telewizor” trochę, troszeczkę mnie przygniotła. Klasyczna prokrastynacja, mój klasyczny poziom odkładania rzeczy na potem.

Wystarczy tego.

Nie, nie zamierzam skończyć z odliczankami, bo to zbyt duża i ważna część mojego życia (ups, zawiało patosem). Nie chce mi się bawić w 100 happy days, próbowałam, z moimi wahaniami nastrojów ciągnęłam najwyżej tydzień i na tym się kończyło. Wymyśliłam coś innego.


Zostało równo 200 dni do koncertu na który czekam ja i bliskie mi osoby, 200 dni do wycieczki do Berlina, która na długi czas zapisze nam się w pamięci. Bo to kolejne marzenie, które uda nam się spełnić. Daję sobie 200 dni na stanięcie przed lustrem i powiedzenie z czystym sumieniem, że jestem szczęśliwa. Że mogę na siebie spojrzeć bez aktualnego obrzydzenia, że jestem w miejscu, za którym niedawno tęskniłam, że dosypiam w nocy, że otaczają mnie tacy ludzie, jakich chcę w swoim otoczeniu, że udaje mi się osiągać to, co zaplanowałam. To będzie długa i ciężka podróż wymagająca zmienienia tysiąca rzeczy, zaczynając od mojego nastawienia do każdego nadchodzącego dnia. Ale patrząc wstecz na dwa wakacyjne miesiące i widząc, ile przez ten czas zmieniło się w moim życiu i w o ile lepszym miejscu jestem teraz niż pod koniec czerwca wierzę, że jest to do zrobienia. 

Bo nie jestem sama. 

31 sierpnia 2014

5. Brak komentarzy:

Nie chcę, żebyście pomyśleli ze jestem jakąś niepotrafiącą się uśmiechać wariatką. Fakt, jestem wariatką, ale uśmiecham się całkiem często. Te wpisy to moja egoistyczna terapia, wolę wyrzucać z siebie całe zło i myśli w ten, a nie inny sposób. Przepraszam jeśli stwarzam wrażenie wiecznie smutnej osoby, ale ludzie którzy mnie znają mogą potwierdzić, że to ja zazwyczaj podtrzymuję w ludziach optymizm.

Wiecie jakie jest najgorsze uczucie na świecie? Bezsilność.

Skaleczyłaś się? Chodź, dam ci plaster, pocałuję i trochę przestanie boleć. Stłukł się twój ulubiony kubek? Posklejam go na ile to będzie możliwe. Skurcz w łydce? Rozmasuję i zrobię ci wapno o twoim ulubionym smaku. Skończyły ci się papierosy? Podzielę się z tobą swoim ostatnim bez mrugnięcia okiem. Jesteś smutna? Poczekaj sekundę, przyjdę z herbata i z ciastkami albo z pizzą, jak wolisz. Włączę naszą ulubiona piosenkę i będę tulić cię i tulić do póki cień uśmiechu nie wróci na twoją twarz. Chcesz się wygadać? Czekaj, już ubieram buty i biorę butelkę tego dobrego różowego wina.


Ale co mam zrobić kiedy jestem trzysta kilometrów dalej, gryząc wargi (tylko dlatego, że z aparatem nie da się obgryzać paznokci) i nie mogąc zrobić nic? Kiedy "będzie dobrze" i "jestem z tobą" i "kocham cię" nie wystarczają? Kiedy dając z siebie wszystko co mogę wiem, że to i tak za mało, ale nie mam wystarczającej mocy żeby zrobić coś więcej? Nie wiem i nie potrafię się z tym pogodzić i obwiniam się, obwiniam, obwiniam. Znowu sobie nie radzę, z tym co obija mi się o czaszkę nie pozwalając zasnąć, z pustką, z tęsknotą. Ale cały czas słyszę twój głos powtarzający "kto jak nie ty?", słyszałam to tyle razy tych wakacji i od czerwca do tej pory zawsze się sprawdzało. Ostatnią rzeczą jaką mam w planach jest poddanie się.

Duszę się, czuję ten niebezpieczny uścisk w gardle, tak jak kiedyś. Nie mogę oddychać, szczególnie kiedy w środku nocy przewracam się z boku na bok nie mogąc zmrużyć oka. Boje się. Ale cholera, nie dam się temu, nie tym razem, jestem za daleko żeby teraz się cofnąć. Skłamałam w liście mówiąc, że nie liczę dni. Liczę, ale tylko dlatego, żeby samej sobie udowodnić że potrafię. Czterdzieści dziewięć.

Jest tyle pięknych rzeczy, które utwierdzają mnie w przekonaniu, że warto. Uśmiech drugiego człowieka, moja młodsza siostra, z której jestem z dnia na dzień co raz bardziej dumna, moje nowe mieszkanie, moje studia, moje nadchodzące wyjazdy do stolicy, a raczej w jej okolice (kto by pomyślał, że tak pokocham miasto, na które jeszcze parę miesięcy temu nie mogłam nawet patrzeć na mapie?), poranne telefony sprawiające że mam energię na zmierzenie się z kolejnym dniem, życzliwi mi ludzie, szczególnie te parę wyjątkowych osób. Ta jedna najbardziej wyjątkowa ze wszystkich. I wiecie co, będę silna za siebie i za was jeśli tego wymaga sytuacja. Nie patrzcie się dziwnie, jeśli kiedykolwiek nagle złapie się za lewe żebra. Najprawdopodobniej zrobię to w desperackim poszukiwaniu mojego tatuażu, świadomość ze on jest na mnie, permanentnie, sprawia ze mój oddech na chwile się uspokaja.



Chcę być silniejsza niż oceany, chcę unosić góry.

28 sierpnia 2014

4. 2 komentarze:

Chciałam napisać coś entuzjastycznego, opowiedzieć jak pięknie mi minął ten tydzień i jaka wdzięczna jestem za ludzi, z którymi go spędziłam. Jest czterdzieści osiem po północy, a ja leżę jak kloda, patrzę w sufit i nie potrafię ubrać swoich emocji w słowa. Przeleżałam tak prawie cały dzień, z krótkimi przerwami na jedzenie pizzy i palenie papierosów. Sam fakt, że na pełna dobę udało mi sie zapomnieć o poprawce egzaminu o której myśle codziennie od miesiąca mówi chyba wystarczająco dużo o moim aktualnym stanie.

Jest taki piękny moment w The Perks Of Being A Wallflower. Właściwie cała scena. Ostatnia. Chcę ją tu zacytować, bo idealnie opisuje to co czułam przez ostatnie dni. To nie jest nawet ważne, nie wydlubujcie sobie nad nią oczu, to tylko moje sentymenty.

"But right now these moments are not stories. This is happening. I am here and I am looking at her. And she is so beautiful. I can see it. This one moment when you know you're not a sad story. You are alive, and you stand up and see the lights on the buildings and everything that makes you wonder. And you're listening to that song and that drive with the people you love most in this world. And in this moment I swear, we are infinite."

Nie, nie będę opowiadać o tym, CO się działo, będę raczej pisać o tym z KIM. Wpis o muzyce pojawi się jeszcze niejeden, ten będzie o przyjaźni. Chyba. Znowu.

Pamiętam swój pierwszy komputer który dostałam na komunię, chyba jako pierwsza w klasie. Pamiętam mamę sadzając mnie przy stole, musiałam mieć wtedy z osiem lat, i poważnym tonem tłumaczącą, dlaczego internetowe znajomości są złe i niebezpieczne. Nie przewracajcie oczami, widzicie już, do czego zmierzam? Ciekawostka, posłuchałam się mamy. To znaczy, przez większość życia. Po głębszym namyśle potrafię przypomnieć sobie ze trzy osoby z którymi utrzymywałam kontakt te kilka lat temu, ale w głowie zawsze miałam to matczyne 'uwazaj'. 

Nigdy nie uważałam się za osobę samotną, ogólnie lgnę do ludzi i nie potrafię bez nich funkcjonować. I chyba dopiero w momencie gdy zorientowałam się, że wszyscy moi bliscy oddalili się nie tylko fizycznie - w ilości kilometrów - ale i mentalnie, jakiś malutki ośrodek w moim mózgu wystukal rozpaczliwe s.o.s., które jakimś cudem udało mi się odebrać.

Od komunii minęło 12 lat. Dwanaście lat spędzonych, mniej lub bardziej, w sieci. I dopiero po tych dwunastu latach któregoś wieczoru w lutym usiadłam przed monitorem z rozpaczliwym "potrzebuję kogoś, nie pasuję do miejsca w którym jestem, nie poradzę sobie tutaj sama". Ludzie przyszli sami. Nie wiem jak, nie wiem czemu, nie rozumiem dlaczego akurat do mnie. Tyle razy słyszałam pytanie "a jak właściwie się poznalyscie?" i ani razu nie potrafiłam na nie odpowiedzieć. Nie wiem. Wiem, ze jedenastka to moja szczęśliwa liczba, ze była szczęśliwa od podstawówki, a najszczęśliwsza była jedenastego lutego tego roku. I mimo, ze po jakimś czasie w moim życiu w końcu na powrót znaleźli się realni przyjaciele, nigdy nie będę w stanie wyrazić jak bardzo jestem wdzięczna, ze tamtego wieczoru w lutym postanowiłam założyć konto na Twitterze.

Szkoda, ze nie widzicie, jacy jesteście wspaniali. Szkoda, ze nie rozumiecie jacy jesteście ważni i ile znaczycie dla drugiego człowieka. Ile znaczycie dla mnie. Każdy z osobna i wszyscy razem. Nawet jesli tego czasem nie okazuje, jesli nie potrafię znaleźć słów zeby jakimś cudem znaleźć dla was odrobine ukojenia, jesli mam za krótkie ramiona zeby wyciągnąć je przez setki kilometrów... Ja patrzę, słucham, widzę. I pęka mi serce, jesli ktoś na kim mi zależy cierpi. Ale, kto z nas tak nie ma?

Wracając do minionego tygodnia, było magicznie. Nie wiem, czy kiedykolwiek w życiu uśmiechalam sie tak dużo i tak szeroko. Nie jestem pewna czy kiedykolwiek wcześniej potrafiłam tak bardzo cieszyć sie cudzym szczęściem. Nie żałuje ani sekundy, ani jednego momentu, ani jednej decyzji podjętej w tym czasie. I kiedy wczoraj wróciłam z Warszawy, weszłam do pustego domu, a potem do sypialni, poczułam pustkę. Ale nie tą depresyjną, przytlaczającą "nigdy cię nie zobaczę" pustkę, wręcz przeciwnie. Po prostu chodzę po domu, który jeszcze pare dni temu tętnił życiem i huczal od naszego śmiechu. Znajduje nasze porozrzucane rzeczy i odtwarzam w pamięci co sie działo.

Leżę kolejną godzinę i patrzę w sufit. Trochę dzisiaj płakałam, przyznaję. Ale ogarnął mnie dziwny spokój i łapię się na tym, że cały czas się uśmiecham. Poduszka powoli przestaje pachnieć Tobą, bo przytulalam ją cały dzień. Na stole nie ma juz plam po orzechówce, a na tarasie deszcz zmył popiół od papierosów. A ja nadal jestem spokojna. Jest mi pusto, ale jest szczęśliwie, bo wiem, że niezależnie co się stanie nie jestem już sama. I wierzę, że już nigdy nie będę. Bo to "zawsze" zabrzmiało inaczej niz każde poprzednie "zawsze", które słyszałam w swoim życiu. 

Mamo, myliłaś się.

14 sierpnia 2014

3. Brak komentarzy:

Będę siedzieć całą noc i mówić do ciebie, nawet jeśli będziesz zatykać uszy. Będę wirtualnie trzymać cię za rękę za każdym razem gdy zniknie ci z oczu to malutkie światełko na końcu tunelu, przeklinając dzielące nas setki kilometrów. Będę powtarzać te same słowa, te same zaklęcia, nasze zaklęcia, jak mantrę, wierząc, że w końcu je usłyszysz. Zagłuszę miłością każde zło, które rozedrze Ci myśli, wyjmę szkło z Twoich oczu jak w tej starej bajce o Królowej Śniegu, którą opowiadała mi babcia. Rozprostuję twoje zaciśnięte dłonie i pocałuję każdy ślad po zbyt głęboko wbitym paznokciu. Będę cię kochać za siebie i za ciebie i na każdym kroku udowadniać, jak wiele jesteś warta dla mnie i dla reszty świata. Nawet jeśli nie będziesz chciała mnie słuchać. Zrozumiem.

Chciałabym potrafić pomóc ci zwalczyć wszystkie twoje demony, raz a porządnie, raz a do samego końca, ale na razie musimy zadowolić się małymi kroczkami. Kiedyś do tego dojdziemy, kiedyś złapiemy się za ręce, spojrzymy za siebie i będę mogła powiedzieć swoje ulubione "a nie mówiłam", zobaczysz. Może nie będziemy się z tego śmiać, bo to nigdy nie będzie zabawne, ale odetchniemy z ulgą, że wszystko nam się udało. jak zawsze.

Mówiłaś mi, że jeśli chcę pomagać innym, najpierw muszę pomóc sobie. Co jeśli pomaganie innym jest właśnie samopomocą? Fakt, że czuję się potrzebna, doceniona, że słyszę z twoich ust potwierdzenie że to, co robię ma sens, znaczy dla mnie więcej niż jakiekolwiek inne słowa. Powiedz, jak mam wierzyć w przypadki, skoro każdy dzień i każda nasza wspólna historia potwierdza tę moją cholerną filozofię. Pojawiłaś się znikąd, znienacka wchodząc w moje zadeptane życie i zamiast zadeptać je do końca, cegiełka po cegiełce pomagasz mi je odbudować. Z nieznajomej, wirtualnej, abstrakcyjnej osoby schowanej za monitorem setki kilometrów dalej, stałaś się tą najbliższą, dokańczającą moje zdania, czytającą mi w myślach. Codziennie pytam się czym na to zasłużyłam i dziękuję za to, że jesteś. Jeśli to nie jest znak, że będzie dobrze, to nie wiem, co nim jest.

Dałam Ci swoje serce z dziecięcą ufnością mówiąc że będę, na dobre i na złe. Nie zwątpię w siebie jeśli ty nie zwątpisz w nas. Trzymaj mnie za rękę, bij po mordzie i krzycz do ucha kiedy chowam się sama przed sobą, nie daj mi zaprzepaścić tego, co budujemy. Pomóż mi, kiedy każdym moim dwóm mozolnym krokom do przodu towarzyszy cios w tył głowy i błyskawiczny krok wstecz. Wiem, że z tobą potrafię. Wiem, że razem damy sobie radę. I może jestem naiwna, i może nie uczę się na błędach, i może nadal patrzę na życie wielkimi ufnymi oczami ośmiolatki... Ale wierzę, w nas.

Przyjaciółko.

12 sierpnia 2014

2. Brak komentarzy:

Jak to jest, wykrzyczeć ukochanej osobie w twarz wszystko co ukrywało się przed nią przez długie miesiące? Jak to jest patrzeć jak spuszcza wzrok i widzieć w jej oczach cały ból, który zadało się jej tym wyznaniem? Jak to jest usłyszeć parę minut później, że po 4 latach związku potrzeba jej przerwy i odpoczynku i jak to jest wiedzieć, że to wszystko przez ciebie, przez to, co wyrzuciłaś z siebie w złości i ataku histerii? Nikt miał tego nie usłyszeć, nikt więcej, nikt poza ludźmi który wiedzieli. Bo ostatnią rzeczą która przychodzi człowiekowi do głowy w takiej sytuacji to zrzucanie swoich problemów na najbliższych. Zjebałam.

A z drugiej strony: 

Jak to jest, usłyszeć od bliskiej osoby, że była o krok od miejsca, w którym w życiu nie pomyślałabyś że się znajdzie? Jak to jest nie być jej w stanie pomóc i wyć z bezsilności i przerażenia? Jak to jest wiedzieć, że tylko dzięki magicznemu zrządzeniu losu - bo przecież nie przypadku - nadal możecie rozmawiać? Jak to jest kiedy dostajesz cios w tył czaszki w najmniej oczekiwanym momencie i jedyne na co cię stać przez kolejne dwie godziny to trzęsące się ręce i pusty wzrok wbity w sufit nad tobą? Zjebałam.

W ciągu jednej doby miałam okazję doświadczyć obydwu punktów widzenia. Ba, doby. W ciągu 12h. I nie chcę nigdy więcej w życiu przechodzić przez coś podobnego, jestem wytarta psychicznie i emocjonalnie jak dziesięcioletni ręcznik. Będę walczyć o niego, mam nadzieję że znajdę w sobie dość siły żeby to wszystko naprawić. Może on też zawalczy o mnie. Miłość nie znika. Będę walczyć o was, jakkolwiek źle by nie było, bo jesteście światełkiem na końcu mojego ciemnego tunelu. Będę walczyć o siebie, bo za dużo za mną żeby teraz upaść i się nie podnieść. Ale wy walczcie, żeby wystarczyło mi siły.

10 sierpnia 2014

1. Brak komentarzy:

Co ja tu właściwie robię? Pracuję nad tym wpisem chyba dziesiąty raz, dziewięć poprzednich zostało brutalnie zaatakowanych ctrl+a i delete. Za każdym razem coś było nie tak, coś nie grało, chciałam coś dopisać, coś usunąć. Trudno, nie chce mi się udziwniać, przepisywać, dopisywać. Zostaje tak jak jest. Zapraszam.


Całe życie pisałam do szuflady, bo bałam się "co ludzie powiedzą". Miałam kiedyś bloga. Niejednego. Incognito. Zawsze kończyło się nagle, bo ktoś znalazł, bo ja się poddawałam, bo zmieniała się pora roku (a wraz z nią moje nastawienie do życia wykonywało mniej lub bardziej wdzięczny obrót o 180 stopni)... Nie wiem, czy tym razem zostanę, nie obiecuję, ale od paru dni czułam desperacką potrzebę oczyszczenia swojej głowy. Jedno napomknięcie, jedno zdanie, a odzew większy niż kiedykolwiek bym się spodziewała. Oto więc jestem, potencjalna publiko. Ja i moja potrzeba pisania, za którą z góry przepraszam.

Nie lubię wstępów. Pomińmy rozdrabnianie się nad tym, czego lubię a co przyprawia mnie o dreszcze obrzydzenia. Jakiego koloru mam włosy, a jakiego oczy, czego słucham a co oglądam. Kogo to właściwie obchodzi? Powiedzmy, że mam na imię A. To wystarczy. Mam 20 lat, co sprawia, że teoretycznie powinnam być w stanie podejmować dojrzałe i przemyślane decyzje, jednak momentami czuję się jak ośmiolatka pozostawiona na środku centrum handlowego. Mieszkam sama od roku, a to sugeruje, że powinnam być odpowiedzialna i zorganizowana, no cóż, nic bardziej mylnego. Studiuję "poważny" kierunek w jednym z większych miast w Polsce, ale nie dajcie się zwieść. Mam dwa życia. Albo i więcej. Tu jestem kimś innym, między ludźmi jestem kimś innym, sama dla siebie jestem kimś innym. Utrata którejkolwiek z masek kosztowałaby mnie zbyt wiele żeby na to pozwolić i istnieją może 3 osoby na tym świecie, które widziały mnie w każdej odsłonie. Współczuję im.

Ten rok był jednym, wielkim, długim, pasmem niepowodzeń. Zaczynając od mojej aparycji (+7kg na wadze raczej nie świadczy o przyroście wyłącznie masy mózgu), poprzez oblany pierwszy rok studiów, a kończąc na moim stanie psychicznym, który od października zeszłego roku zdążył wykonać parę salt, wpaść w rów mariański i zakopać się na dnie pod paroma metrami mułu. Jeśli coś mogło się nie udać - nie udawało się. Jeśli mogłam nie zdać jakiegoś egzaminu - nie zdawałam. Jeśli mogłam stracić ważną dla mnie osobę - ona sama pakowała przysłowiowe walizki i uciekała gdzie pieprz rośnie. Horyzont zaczął przecierać się dopiero w okolicach maja. Od tamtego czasu mija czwarty miesiąc i mimo wzlotów i upadków uparcie sobie powtarzam - i daję sobie wmawiać - że najgorsze już za mną, że będzie tylko lepiej, że dam sobie radę ze wszystkim.

Odgrzebałam dziś swój ulubiony TED talk, rzecz którą pierwszy raz zobaczyłam ponad rok temu, znam wyrywkowo i w razie potrzeby recytuję z pamięci, która niezmiennie wzrusza mnie od pierwszej sekundy. Czuję jakby moim powołaniem było przekazanie jej dalej i pokazanie każdemu, więc wszyscy moi znajomi widzieli piękną i mądrą Sarę Kay stojącą na tej małej scenie przynajmniej po dwa razy. Wy też powinniście to zobaczyć. Posłuchać, zrozumieć, zastanowić się. Nie "zmienić swoje życie", bo brzmi to co najmniej kretyńsko i nie działa ot tak na pstryknięcie palcami. Ale usłyszeć. A jeśli lenistwo/transfer danych/cokolwiek innego nie pozwala wam na obejrzenie tego występu, sama wetrę wam w oczy moje ulubione fragmenty.

"If I should have a daughter, instead of "Mom," she's gonna call me "Point B," because that way she knows that no matter what happens, at least she can always find her way to me. And I'm going to paint solar systems on the backs of her hands so she has to learn the entire universe before she can say, "Oh, I know that like the back of my hand." And she's going to learn that this life will hit you hard in the face, wait for you to get back up just so it can kick you in the stomach. But getting the wind knocked out of you is the only way to remind your lungs how much they like the taste of air. (..) That there'll be days like this. (...) When you open your hands to catch and wind up with only blisters and bruises; when you step out of the phone booth and try to fly and the very people you want to save are the ones standing on your cape; when your boots will fill with rain, and you'll be up to your knees in disappointment. And those are the very days you have all the more reason to say thank you. Because there's nothing more beautiful than the way the ocean refuses to stop kissing the shoreline, no matter how many times it's sent away. (...) And no matter how many land mines erupt in a minute, be sure your mind lands on the beauty of this funny place called life. And yes, on a scale from one to over-trusting, I am pretty damn naive. But I want her to know that this world is made out of sugar. It can crumble so easily, but don't be afraid to stick your tongue out and taste it. (...)  Remember that good things come in threes and so do bad things. And always apologize when you've done something wrong, but don't you ever apologize for the way your eyes refuse to stop shining. Your voice is small, but don't ever stop singing."

Potrzebowałam miejsca do przelewania swoich myśli na papier, a zdecydowałam się na bloga. Nie wiem czy (i w jakim stopniu) robi to ze mnie uczuciową ekshibicjonistkę, ale nie mam czasu na przejmowanie się takimi błahostkami. Niech się wstydzi ten, kto widzi. Cieszę się, jeśli ktokolwiek poczuje potrzebę przeczytania tych farmazonów. Traktuję to jako formę osobistej terapii i proszę was o patrzenie na moje wypociny właśnie pod takim kątem. Krytyka mile widziana. Słowa otuchy jeszcze bardziej.

xo, A.
Nowsze posty Strona główna
Szablon wykonany przez Tyler