Kończy się grudzień i, zamiast ubierać choinki czy piec pierniczki, nagle wszyscy podsumowują miniony rok. Ja też co roku tradycyjnie to robię, tradycyjnie wcześniej o tym zapominam i tradycyjnie przypominają mi o tym ludzie wzdychający nad tym, co wydarzyło się te 10 czy 11 miesięcy temu. W tym roku postanowiłam zmienić trochę formę i podzielić się tymi wspomnieniami nie tylko ze swoją szufladą, jak miałam w zwyczaju rok, dwa, pięć temu.
Nie wiem od czego zacząć i nie wiem jak to sobie ułożyć. Miesiącami? Tematami? Najpierw to co złe, a na zakończenie to, co dobre? Mam bałagan wokół siebie i w sobie, więc siłą rzeczy tu też będzie panował niemały bałagan. Jedyne co wiem, to to, że jak zwykle nie będę rzucać imionami na prawo i lewo. Bo po co. Trzymajcie się, bo cofamy czas o jakieś 356 dni – aż do pierwszego stycznia 2014 roku.
Po sylwestrze obudziłam się z obolałą szyją i bez sukienki, och, gdybym już wtedy potrafiła wyciągnąć odpowiednie wnioski i domyślić się, że to oznaka bolesnego roku pełnego niespodzianek (dla zainteresowanych: później okazało się, że sukienkę sama przebrałam na dres, po prostu mojej pijanej pamięci umknął ten subtelny szczegół poprzedniego wieczoru). Pamiętam traumatyczną wycieczkę rozklekotanym PKSem z powrotem do domu i umieranie w łóżku i rozcieranie siniaków aż do wieczora przy dźwiękach Topu Wszechczasów i litrach ciepłego mleka. Podobno jaki pierwszy dzień stycznia, taki cały rok i w moim przypadku trochę się to sprawdziło. Trochę bardzo.
Mój umysł jakiś czas temu przyjął zasadę, że wypiera z pamięci wszystkie złe wydarzenia, zapomina o nich w trybie natychmiastowym. Dlatego pierwsze cztery (?) miesiące tego roku są dla mnie swego rodzaju plamą, pamiętam że topiłam się i łapałam oddech dzięki kojącym dźwiękom pierce the veil, pamiętam, że nic nie szło tak jak powinno, że nigdy w życiu nie czułam się tak samotna i tak zagubiona jak wtedy. Pamiętam parę ważnych wydarzeń.
Swoje dwudzieste urodziny, te w rodzinnym gronie, a potem te wśród znajomych. Chyba nigdy wcześniej nie dostałam tylu kwiatów i dopiero wtedy uświadomiłam sobie, że to i świadomość, że ludzie mnie doceniają – a tamie miałam wrażenie – jest lepsze, niż jakikolwiek prezent.
Pamiętam 5 lutego, wieczór w którym wymyśliłam, że rejestracja na twitterze to wspaniały pomysł i pamiętam 11 lutego, wieczór w którym okazało się, że ten jeden raz nie pomyliłam się i podjęłam słuszną decyzję.
Chciałabym powiedzieć, że od 11 lutego wszystko zmieniło się na lepsze i z dnia na dzień byłam szczęśliwszym człowiekiem. Nie byłam. Topiłam się jeszcze długo, do początku czerwca, ale po drodze napotkałam wiele wyciągniętych w moją stronę dłoni, których mogłam się schwycić, w tym tą najważniejszą, która nadal mocno trzyma mnie za kudły na powierzchni za każdym razem kiedy znów tracę oddech.
Nie wiem skąd przyszły zmiany, nie mam pojęcia skąd wzięła się ta najważniejsza, nie pamiętam konkretnego momentu w którym z „nie chcę obudzić się jutro” przeszłam na „być może jest w tym jakikolwiek sens”. Wiem, że wydarzyło się wiele rzeczy. Moje ambicje dostały cegłówką w potylicę, kiedy odrzucili wszystkie moje aplikacje na studia w Wielkiej Brytanii, drugi rok z rzędu. Moje ambicje dostawały butem w mordę raz za razem, kiedy oblewałam kolejne kolokwium czy egzamin. Moje ambicje zostały wdeptane w twardą ziemię, kiedy dotarło do mnie, że nie zdam, że będę musiała powtórzyć cały rok, który był dla mnie piekłem. A z drugiej strony – nagle zobaczyłam dookoła siebie ludzi, którym zależy. Ludzi, którzy powtarzali mi, że jestem ważna. Którzy, w momentach kiedy nie mogłam spojrzeć w oczy samej sobie, szeptali mi po cichu, że jakoś to będzie, że damy sobie radę. Dosłownie – jak mój ojciec, który słysząc pod koniec maja mój zaryczany głos powtarzający że się poddaję, kazał rzucić wszystko i łapać pierwszy pociąg do domu – i całkiem nieświadomie, jak O. mówiąca mi że jakaś piosenka kojarzy jej się ze mną, coś czego nigdy w życiu nie usłyszałam od nikogo innego.
Pamiętam, że kiedy pierwszy raz usłyszałam of mice & men (styczeń? luty? nie pamiętam?), nie miałam pojęcia że ten zespół tyle zmieni i namiesza w moim życiu. Że dzięki niemu poznam tyle wspaniałych osób i że dzięki niemu w końcu zamiast wodą zakrztuszę się świeżym powietrzem i zakrztuszę się radością i że zamiast z rozpaczy w końcu rozpłaczę się ze szczęścia. Od końca maja było lepiej. Było o wiele, wiele lepiej. W końcu coś zdałam, koncerty na które czekałam tyle czasu w końcu zaczęły majaczyć na horyzoncie a nie tylko w jakiejś abstrakcyjnej przyszłości, w końcu poczułam, że nie jestem w tym wszystkim sama. Pogodziłam się z faktem, że zawaliłam studia, nadal traktowałam (i traktuję) to jak swoją życiową porażkę, ale widziałam też światełko na końcu tunelu. Widziałam w tym jakiś sens, w końcu przypomniałam sobie swoje powtarzane przez pół życia „przypadki nie istnieją”.
Czasem myślę sobie, że 2014 zaczął się dla mnie dopiero 3 czerwca, że ten pieczący ból igły na żebrach sprawił, że w końcu doszłam do siebie i spadły mi te cholerne ciemne klapki z oczu. „Nie rób sobie tatuażu pod wpływem impulsu” – mówili. Co jeśli powiem wam, że być może ten impuls uratował mi życie? Lubię myśleć, że to właśnie od tamtego dnia wszystko zaczęło się układać, lubię doszukiwać się sensu w takich drobiazgach i widzieć to jako punkt kulminacyjny, do którego wszystko zmierzało, który położył kres całej tej plamie, jaką było pierwsze 5 miesięcy.
Dwa tygodnie później, w Warszawie, spędziłam najlepsze trzy dni tego roku. A przynajmniej tak mi się wtedy wydawało, bo kolejne dwa tygodnie później ta teoria wzięła w łeb, kiedy od bladego świtu siedziałyśmy pod eskulapem i podjechał ten cholerny tourbus i… chyba każdy już zna resztę tej historii. Wtedy też znacznie powiększyło się grono „ludzi, którym na mnie zależy i jestem tego pewna” i za to wam dziękuję. OWF był początkiem pięknego lata i pięknych wakacji, pełnych spotkań i śmiechu i muzyki i odnajdywania siebie i swoich przyjaciół. Nagle znałam każde drzewo nie tylko na trasie Poznań-Wrocław, ale też Wrocław-Warszawa. Nagle miałam z kim spacerować i okazało się, że Poznań nie kończy się na wysokości dworca głównego i że stary rynek też może być piękny i że nie ma nic zabawniejszego niż siedzenie na ławce w parku o 2 w nocy z butelką różowego wina. I że spanie na podłodze jest wykonalne, pod warunkiem że ma się w zasięgu ręki mikrofalówkę i trzy sezony Sherlocka. Patrząc z perspektywy czasu, nie potrafię zliczyć tych spotkań i godzin przesiedzianych na nieswoim (a może już trochę swoim) łóżku, ogrodzie, pomoście, ale wiem, że nie zamieniłabym ich na żadną Kalifornię.
Pomysł z wyjazdem do Berlina był szalony. Cały tamten tydzień był szalony, wyjazd w środku nocy, spanie w hostelu, słowne (i trochę mniej) potyczki z Niemkami i zobaczenie ukochanego zespołu na żywo drugi raz w ciągu półtora miesiąca. Brzmi jak sen? Ja nadal nie wierzę, że to zdarzyło się naprawdę. Tak samo, jak kolejny tydzień spędzony w moim pustym domu we Wrocławiu razem z najwspanialszymi ludźmi na świecie. Tydzień, w którym dużo, dużo, dużo się zmieniło. Na lepsze.
Wrzesień był najpiękniejszym zwieńczeniem wakacji. Wiedziałam, że tym razem nie będę już mieszkać sama, we czworo znaleźliśmy piękne mieszkanie, w końcu udało mi się zdać ten jeden egzamin, który wisiał nade mną od końca czerwca, przez trzy tygodnie mogłam nacieszyć się psem, który niestety nie zabawił u nas długo, i właściwie aż do samego początku roku akademickiego korzystałam z wakacji najbardziej jak tylko mogłam.
Tradycja jest taka, że zawsze coś psuje się wraz z nadejściem jesieni. Tyle ludzi odeszło, tyle osób w moim życiu zostawiło mnie na lodzie i na tylu się zawiodłam, że straciłam rachubę już jakieś dwadzieścia lat temu. Ale – niespodzianka – za każdym razem to boli tak samo. I nieważne, czy zawodzisz się na człowieku, który okazał się być zupełnie kimś innym niż sądziłaś, czy sama musisz podjąć decyzję o odejściu. Tajemnica tkwi w tym, że to przechodzi. Szczególnie, jeśli twój umysł rzeczywiście upiera się przy zacieraniu tych złych wspomnień.
I jakoś tak sobie trwam od października. W szczęściu, czasem mniejszym, czasem większym, kursując po trójkącie poznań-warszawa-wrocław i chyba nie mogę narzekać. Ewentualnie na własną głupotę i reakcje stresowe, bo tu zawalę jakieś kolokwium, tu zarwę nockę, tu pojadę na wycieczkę do Drezna bez czapki i będę chora przez kolejny tydzień, ale ogólnie: jest dobrze. W wieku (prawie) 21 lat chyba w końcu zaczynam doceniać to, co mam i cieszę się z miejsca, w jakim się znajduję. Będę miała w tym roku 4 wigilie. 2 już za mną, w studenckim i exlicealnym gronie, a przede mną kolejne 2: z rodziną i z najważniejsząosobąnaświecie. Nauczyłam się, że mam prawo otaczać się takimi ludźmi, jakimi chcę i na jakich zasługuję, więc wszystkie toksyczne relacje poszły daleko w odstawkę. Nadal uczę się widzieć w innych to, co dobre, jest ciężko, ale krok po kroku dochodzę do wprawy. Jest wiele momentów, w których znów wybijam sobie zęby o chodnik i leżę i ryczę i nie wiem, co ze sobą zrobić, ale patrząc wstecz jestem dumna, że zaszłam tak daleko. Jeszcze parę miesięcy temu nawet nie przyszłoby mi na myśl, że będzie tak pięknie.
Plany na najbliższe tygodnie i na resztę 2015? Być szczęśliwą i doceniać to, co mam. Doceniać każdego z osobna. Chodzić na koncerty i chodzić na spacery, trzymać się barierek i trzymać się za ręce. Zdać ten rok. Uwierzyć w siebie. A mniej patetycznie: schudnąć tak z 10 kilo i zmieścić się w tą piękną sukienkę.
Wesołych świąt.