22 października 2014

11. Brak komentarzy:

chciałam was powitać odkrywczą myślą, że jesień przyszła i raczej szybko się z nami nie pożegna. od początku września obiecywałam sobię, że tym razem odczaruję tę porę roku i nie wpadnę w moją tradycyjną sezonową depresję. jeszcze się nie poddałam, jeszcze nie jest źle, mam nadzieję że w tym - nienajgorszym - stanie ducha przetrwam najblizsze tygodnie, póki nie poczuję mojej ukochanej świątecznej atmosfery. a wpis będzie kolejną nieudolną próbą poradzenia sobie z natłokiem myśli. o niepewności, głupiopięknych planach, marzeniach i moich zagmatwanych kontaktach międzyludzkich.

no właśnie. tyle razy zastanawiałam się, czemu ludzie ode mnie uciekają, dlaczego straciłam tyle ważnych osób, czym zawiniłam, że stwierdzili że lepiej będzie im beze mnie. teraz rozumiem, że jestem nudna, tak, zawsze znajdzie się ktoś lepszy na moje miejsce, rozumiem doskonale, bo gdybym mogła to sama bym siebie zostawiła. ale powoli zaczęłam rozumieć, dlaczego niektórzy potrafią poradzić sobie w takiej sytuacji, a ja za każdym razem czuję jakby ktoś przemocą wyrwał mi serce i poraził prądem wszystkie nerwy. wierzę, że każdy człowiek ma ograniczoną ilość miłości, którą może dysponować tak, jak potrafi i jak chce. miłość do siebie, do rodziny, do przyjaciół, do szeroko pojętego otaczającego nas świata. stąd biorą się samotnicy, którzy wolą obcować ze sztuką lub przyrodą zamiast z ludźmi i osoby przedkładające rodzinę nad wszystko inne. 

a ja? a ja nie potrafię pokochać siebie, więc tę część miłości, która powinna byc tylko moja, własna, poświęcona na uśmiech w stronę swojego odbicia w lustrze czy docenienie swoich zalet przelewam na innych. bezwarunkowo, naiwnie, z pełną ufnością. i nie potrafię inaczej. a taki jednostronny przepływ miłości zazwyczaj urywa się dość nagle i - dla mnie - boleśnie, zostawiajac mnie samą, zdezorientowaną, z kilogramami uczucia, którego nie mam gdzie ukierunkować. no bo chyba nie w swoją stronę. wolne żarty. dlatego rozstania bolą, dlatego boję się kolejnej straty, dlatego powinnam przede wszystkim nauczyć się kochać siebie. chcę (i zaczynam) wierzyć, że zbliżam się do tego celu każdego dnia i łatwiej przychodzi mi to gdy mam obok osobę, która kocha mnie tak samo bezwarunkowo, jak ja ją. wystarczy tracenia bliskich dla tej pani, enough is enough. tym razem będzie inaczej.

mimo tych postępów / uciekania przed jesienną chandrą od pewnego czasu wisi nade mną jakaś ciężka chmura, szyderczo szepcząc mi do ucha rzeczy, których wcale nie chcę słyszeć. nie podołasz, nie nadajesz się, co robisz na tych studiach. to nie zawód dla ciebie, nie takie miałaś marzenia, nie w tym miejscu się widziałaś, kiedy w podstawówce pisałaś list do dwudziestoletniej siebie. na początku stycznia przekroczę dumny amerykański próg dorosłości i zamiast uśmiechać się i być pewna wszystkich swoich wyborów, nie wiem czy jestem szczęśliwa na myśl o przyszłości jaka maluje się na horyzoncie. miałam być artystką, projektantką, dziennikarką - zostanę lekarzem. oczywiście, jeśli wszystko pójdzie zgodnie z aktualnym planem. ambicja, sumienie i pasja nie pozwalają mi się wycofać, ale momentami łapię się na marzeniach o podróżach, o wolności. no wlaśnie, przecież miałam zwiedzić świat. marzę o bezkresnych drogach, jeździe z przyjaciółmi starym vanem wyłożonym dywanami i śpiworami, mglistych porankach nad jeziorami, wieczorami przy ogniskach na plaży i wiosennych wędrówkach po górach. marzę o koncertach, o pisaniu, a zamiast tego moje najbliższe plany na przyszłość obejmują uczenie się odgałęzień aorty i enzymatycznej syntezy glikogenu. plany odrobinę dalsze z kolei biorą pod uwagę zaliczenie tego roku (tak dla odmiany). rzeczywistość zabija te naiwne dziecięce plany, to chyba moja pierwsza oznaka dorosłości, ale nie chce przestać marzyć. i nie zamierzam.

i boję się, boję się że się nie nadaję, że zawiodę i siebie i innych, nie spełnię swoich marzeń, że obudzę się za dziesięć lat jako zgorzkniała, samotna pani doktor i powiem sobie "mogłam poprowadzić swoje życie inaczej". ale nad tym też popracuję przy okazji ćwiczenia swojego optymizmu i mam nadzieję, że uda mi się uwierzyć i zaufać, ze przyszłość szykuje dla mnie jeszcze parę zwrotów akcji. i że kiedyś, nie jutro, nie za miesiąc, nie za rok, bede mogła stanąć przed lustrem i powiedzieć, ze jestem szczęśliwa i zadowolona z tego w jakim miejscu sie znalazłam, z tego co przeżyłam i z decyzji podjętych w przyszłości. bo każda decyzja zamyka jakies drzwi, ale zazwyczaj otwiera kilka nowych. i że wrócę do Irlandii, na te klify, do tych malutkich miasteczek. i że zamoczę nogi w jeziorze Tahoe i znow będę mogła oglądać zachód słońca z Griffith Observatory. i że nie pojadę tam sama. to jest aktualnie moja osobista definicja odległego szczęścia. odległego, bo to bliskie szczęście mam na codzień. nocne rozmowy, zachody słońca, niespodziewane wycieczki do Warszawy, naleśniki z nutellą, gorące kakao pod - niekoniecznie swoją - kołdrą. o szczęście trzeba walczyć. będę.

7 października 2014

10. 1 komentarz:

Zdenerwowałam się. A jak się denerwuję to automatycznie robi mi się gorzej, chce mi się ryczeć, robi mi się duszno. Miałam tego pod dostatkiem przez ostatnie parę dni, więc piszę. W emocjach, jak zwykle, więc jak zwykle przepraszam za wydźwięk zdań poniższych.

Spotkałam się w niedzielę z K., dziewczyną którą znam od podstawówki. Magiczna znajomość - widujemy się raz na miesiąc, trzy, sześć, ale każde nasze parogodzinne spotkanie otwiera mi oczy na wiele spraw. A najpiękniejsze jest to, że zgadzamy się chyba w każdej kwestii i, że chociaż rozmawiamy rzadko, potrafimy gadać i gadać bez końca. Ale do rzeczy.

W pewnym momencie temat zszedł na K. i jej byłą przyjaciółkę. Byłą, bo baby są jakieś inne i zwykła błaha pierdoła potrafi poróżnić je tak, że po latach bliskości z dnia na dzień przechodzą do etapu "wydłubałabym ci oczy widelcem i wyrwała te parszywe kudły". Tak już mamy, taka jest nasza natura i niektóre znajomości muszą się tak skończyć. Odechciało mi się już strzępić języka i przekonywać ludzi, że warto rozmawiać, bo to jest ogólna życiowa prawda. Tym razem chodzi mi o coś innego.

Masz pełne prawo wybrać, jakich ludzi chcesz w swoim życiu. Możesz sam zdecydować z kim chcesz rozmawiać, w jakim towarzystwie chcesz się obracać i z kim spędzasz czas. Nie potrafisz znaleźć sobie nikogo bliskiego w klasie? No trudno. Zdarza się. Moja klasa w liceum była wspaniała, więc nie mogę się z Tobą zidentyfikować, ale mogę Ci obiecać, że szkoła się skończy i poznasz innych wartościowych ludzi, a o tamtych zapomnisz po miesiącu. Masz przyjaciół w internecie? Świetnie, może kiedyś uda wam się spotkać, może nie, ale pielęgnuj te znajomości jeśli są wartościowe. W realnym życiu ludzie przychodzą i odchodzą, ale w tym wirtualnym również. Dlatego walcz ile możesz o tych, na których ci zależy.

To działa też w drugą stronę. K. desperacko potrzebowała ode mnie rozgrzeszenia za coś, co ujęła jako "gimbusiarskie zagrywki". Zmęczyła się patrzeniem na osobę, z którą nie chciała mieć do czynienia, jej humorkami, rzeczami, które publikowała w internecie specjalnie-przypadkiem-wcale-nie-pod-adresem-K. Któregoś dnia, mając absolutnie dosyć, po prostu wzięła gumkę i wymazała ją ze swojego życia. Wszystkie rozmowy, zdjęcia, znajomość na facebooku, instagramie, unfollowed, blocked, reported. Koniec. Pomijam fakt jak bardzo obrzydliwe jest publiczne oczernianie lub sprawianie komuś przykrości w sieci. Kiedy wiesz, że coś jest skierowane w ciebie, ale równocześnie wiesz, że w realnym życiu ta osoba nie miałaby odwago powiedzieć ci tego w twarz. Brzydzę się takimi ludźmi niesamowicie, anonimowość dodaje odwagi i pola do popisu.

I skąd ten wyrzut u K.? Przed internetem i całym naszym drugim wirtualnym życiem nie było problemu ze zrywaniem znajomości. Jeśli nie chciałeś kogoś w swoim życiu po prostu przestawałeś dzwonić, spotykać się. Taka osoba nie miała wglądu w twoją prywatność, w twoje myśli, w to co aktualnie robisz. Przez rozwój tych wszystkich sieci społecznościowych ludzie czują dziwny obowiązek bycia przyjacielem wszystkich. Nie, twój były chłopak, któy potraktował cię jak gówno nie musi mieć wglądu w to, gdzie byłaś na wakacjach. Nie, dziewczyna z twojego byłego liceum, która rozpuszcza o Tobie plotki w całym mieście nie musi patrzeć, jaką piosenkę udostępniasz. Nie, nie masz obowiązku czytać tego, co pisze o Tobie na twitterze XYZ, bo robi to tylko dlatego że WIE że to czytasz i WIE że zada ci tym ból.

Jeśli potrzebujesz pozwolenia i błogosławieństwa do usunięcia kogoś ze swojego życia - szczególnie tego wirtualnego - OTO ONO. Wybierz sobie znajomych, dobierz ich skrupulatnie i obiektywnie. Nie trać czasu na ludzi którzy zamiast odkrywać w Tobie najlepsze i cieszyć się Twoim szczęściem, sprawiają, że cierpisz. Do ciężkiej cholery, każdy ma prawo do szczęścia i każdy ma prawo wyboru. Ty też.

4 października 2014

9. Brak komentarzy:


w głębi duszy jestem martwa. odrętwiała. tak jak w gimnazjum, kiedy zaryczana słuchałam comfortably numb floydów i wydawalo mi sie, ze kończy sie cały moj świat. znów się żalę. trudno. to boli.

po czterech latach musiałam usiąść naprzeciw osoby, którą kochałam i kocham nadal, z którą dzieliłam większość szczęśliwych i tych gorszych chwil od prawie 50 miesięcy... i powiedzieć jej, że to już nie działa. że to koniec.

czuję się jakby ktoś wyrwał mi serce, cisnął na ziemię i przeprowadził po nim armię czerwoną w najcięższych wojskowych butach. dojrzała miłość nie jest prosta. miłość bywa prosta w liceum, kiedy myślisz, że to już dorosłość, kiedy po lekcjach twój chłopak czeka na ciebie z plecakiem na plecach i wyciągniętym specjalnie dla ciebie papierosem. kiedy na palcach wymykasz się w środku nocy na spacer i czujesz się jak najszczęśliwszy człowiek na ziemi.

z czasem przestało byc łatwo. 200km potrafiło zabić uczucie. odległość. tak samo jak problemy, problemy, jeszcze wiecej problemów, brak rozmowy, słaby kontakt, praca, brak czasu, brak pieniędzy, problemy, odległość. zjebaliśmy. oboje. on to czuł, ja to czułam, bolesne porozumienie, smutny wzrok ale cicha akceptacja. nie ma sensu bawić się w szukanie winnych. niektóre decyzje muszą zostać podjęte, czasami trzeba zachować się jak na dorosłą osobę przystało i stanąć twarzą w twarz z najgorszym scenariuszem.

myślałam, że to bedzie wyglądać inaczej. spodziewałam się łez, histerii - byłam spokojna. bałam się, że nie dotrę do domu o własnych siłach - dałam radę bez większego problemu. ale teraz, leżąc w łóżku ze zgaszonym światłem, wszystko do mnie wraca. duszę się, nie mogę oddychać, całe moje świadome "dorosle" życie to jedno wielkie wspomnienie. osiemnastka. studniówka. pierwsze samodzielne wakacje. święta. sylwestry. to boli, to fizycznie boli i z minuty na minutę serce pęka mi co raz bardziej. ból w jego spojrzeniu, ściśnięty głos, świadomość, że to ja zrobiłam mu tę krzywdę będą nawiedzać mnie w najgorszych koszmarach. chociaż wiem, że żadno z nas nie było święte.

chciałabym powiedzieć, że miłość wystarczy. że zwykle "kocham cię" rozwiąże wszystkie problemy i wątpliwosśi. nie rozwiąże. miłość nie znika z dnia na dzień. po takim czasie ośmielę sie stwierdzić, ze nawet nie z miesiąca na miesiąc. problem zaczyna się, kiedy "kocham cię" ewoluuje w "kocham cię, ale...". w miłości nie ma "ale", miłość jest bezinteresowna. bezwarunkowa. a jeśli nie jest, to witam w mojej spierdolonej rzeczywistości.

to jest pierwszy i ostatni wpis o tej tematyce. desperacka próba rozprawienia się z tym, co aktualnie dzieje się wokół mnie. muszę wstać, otrzepać się i uświadomić sobie, że to wlasnie była ta jedyna słuszna decyzja. nikt nie mógł jej podjąć za mnie, a w wieku 21 lat wypada brać pełną odpowiedzialność za swoje czyny.

i powiem otwarcie, przy zdrowych zmysłach trzyma mnie tylko świadomość, ze mam dookoła siebie ludzi, którym na mnie zależy. nigdy nie przyszłoby mi do głowy, że w jeden wieczor mogę tyle wypłakać. 

update 12 godzin pózniej: w nocy wszystko wydawało sie inne. trudniejsze. wydawało sie, ze poranek nigdy nie nadejdzie. it's always darkest before the dawn. ale slonce znow wstalo, ziemia nie przestała sie kręcić, czas nie zatrzymał się w miejscu. a ja muszę dalej żyć. więc założę słuchawki, ubiorę buty i przywdzieję swój najmniej szczery uśmiech, w głębi duszy modląc się, żeby z powrotem stał się szczery, jak najszybciej.

1 października 2014

8. Brak komentarzy:

rok akademicki zaczął się trzy dni temu, a jutro mam pierwsze kolokwium. fun times. po niecałych trzech dobach obracania się z powrotem w towarzystwie studencko-profesorskim piszę do was spod koca i znad paczki chusteczek, nie mając siły na otworzenie tej osiemsetstronowej cegły do biochemii. bedzie smutno, płaczliwie i do pewnego stopnia żałośnie. przepraszam, potrzebuje tego.

wiecie, co jest największym skurwysyństwem? świadome wypominanie innym ich błędów. publiczne albo personalne. nieważne. jako błąd rozumiem tu każda wadę, złą decyzje, potyczkę, a może i słaby punkt, gorszą stronę. cokolwiek, co dla danej osoby może być POTENCJALNIE krzywdzące.

gdybym miała jedno oko niebieskie, a drugie brązowe, nie usłyszałabym od większości ludzi że wyglądam dziwnie. gdybym urodziła się z jedną nogą krótszą, niewiele osób miałoby tupet, zeby wołać za mną 'kaleka'. nawet otyli ludzie nie usłyszą 'grubas' z ust przeciętnie kulturalnego człowieka. bo to są tematy tabu, bo mogło się stać to to i tamto, bo to nie ich wina.

więc dlaczego będąc na uczelni wyższej, podobno "renomowanej", w założeniu otoczona wysoce wyszkoloną kadrą dydaktyczną i śmietanką społeczną złożoną z moich ambitnych rówieśników, przez trzy dni nasłuchałam się o sobie tyle, ile w życiu nie podejrzewałabym ze usłyszę? no dobrze, podejrzewałam, ale nie w twarz i nie z takiego powodu i nie od takich ludzi.

tak, nie zdałam roku. tak, traktuję to jako jedną ze swoich najwiekszych życiowych porażek. tak, przeryczalam przez to tyle nocy, ze po jakimś czasie straciłam rachubę i tak, wjechało mi to na psychikę na tyle mocno, ze znalazłam sie w miejscu, do którego juz nigdy nie chcę wrócić. ale myślałam, że z ulgą  zamknę ten rozdział, bo w końcu "past is in the past", czyż nie? och, nie mogłam mylić się bardziej.

inna grupa, kolejny rok, ten sam prowadzący. znów panika, znów płacz, znów przerażenie, znów nie potrafię zmusić się do wejścia na tę cholerną salę nie trzęsąc się jak galareta. z tym, że teraz do asortymentu komplementów pana profesora dołączyło "koleżankę juz całkiem dobrze znam", "musiała się koleżanka mocno postarać, zeby oblać rok", "koleżanka będzie chyba naszym specem" i inne tym podobne. i tak w kółko. domniemana elita tego nędznego kraju miała wystarczający tupet, żeby po paru godzinach wątpliwej znajomosci sugerować, ze moja znajomość wszystkich poprawek i trzecich terminów jest zajebiscie zabawna. 

nie, nie jest.

zeszły rok był piekłem, ciągłym pasmem niepowodzeń, które złagodniało dopiero na początku czerwca. i powiem to otwarcie, wolałabym teraz umrzeć niz cofnąć się w czasie o te dwanaście miesięcy, bo i tak zatańczyłam na granicy życia i śmierci parę razy za dużo. i może się usprawiedliwiam, i może to rzeczywiście zabawne, bo 99% osób ten rok zaliczyło, i może to rzeczywiście tylko i wyłącznie moja wina i moja głupota o tym zadecydowały? ale to nie upoważnia nikogo, powtarzam, NIKOGO, do durnowatych docinkow. bo to boli, bo zbyt prędko boleć nie przestanie, bo znow siedzę i wyję i użalam się nad sobą mimo obietnic ze będę silna za dwoje. 

i mowię uniwersalnie, do was wszystkich i każdego z osobna. think before you speak. nigdy nie znacie całej historii.