chciałam was powitać odkrywczą myślą, że jesień przyszła i raczej szybko się z nami nie pożegna. od początku września obiecywałam sobię, że tym razem odczaruję tę porę roku i nie wpadnę w moją tradycyjną sezonową depresję. jeszcze się nie poddałam, jeszcze nie jest źle, mam nadzieję że w tym - nienajgorszym - stanie ducha przetrwam najblizsze tygodnie, póki nie poczuję mojej ukochanej świątecznej atmosfery. a wpis będzie kolejną nieudolną próbą poradzenia sobie z natłokiem myśli. o niepewności, głupiopięknych planach, marzeniach i moich zagmatwanych kontaktach międzyludzkich.
no właśnie. tyle razy zastanawiałam się, czemu ludzie ode mnie uciekają, dlaczego straciłam tyle ważnych osób, czym zawiniłam, że stwierdzili że lepiej będzie im beze mnie. teraz rozumiem, że jestem nudna, tak, zawsze znajdzie się ktoś lepszy na moje miejsce, rozumiem doskonale, bo gdybym mogła to sama bym siebie zostawiła. ale powoli zaczęłam rozumieć, dlaczego niektórzy potrafią poradzić sobie w takiej sytuacji, a ja za każdym razem czuję jakby ktoś przemocą wyrwał mi serce i poraził prądem wszystkie nerwy. wierzę, że każdy człowiek ma ograniczoną ilość miłości, którą może dysponować tak, jak potrafi i jak chce. miłość do siebie, do rodziny, do przyjaciół, do szeroko pojętego otaczającego nas świata. stąd biorą się samotnicy, którzy wolą obcować ze sztuką lub przyrodą zamiast z ludźmi i osoby przedkładające rodzinę nad wszystko inne.
a ja? a ja nie potrafię pokochać siebie, więc tę część miłości, która powinna byc tylko moja, własna, poświęcona na uśmiech w stronę swojego odbicia w lustrze czy docenienie swoich zalet przelewam na innych. bezwarunkowo, naiwnie, z pełną ufnością. i nie potrafię inaczej. a taki jednostronny przepływ miłości zazwyczaj urywa się dość nagle i - dla mnie - boleśnie, zostawiajac mnie samą, zdezorientowaną, z kilogramami uczucia, którego nie mam gdzie ukierunkować. no bo chyba nie w swoją stronę. wolne żarty. dlatego rozstania bolą, dlatego boję się kolejnej straty, dlatego powinnam przede wszystkim nauczyć się kochać siebie. chcę (i zaczynam) wierzyć, że zbliżam się do tego celu każdego dnia i łatwiej przychodzi mi to gdy mam obok osobę, która kocha mnie tak samo bezwarunkowo, jak ja ją. wystarczy tracenia bliskich dla tej pani, enough is enough. tym razem będzie inaczej.
mimo tych postępów / uciekania przed jesienną chandrą od pewnego czasu wisi nade mną jakaś ciężka chmura, szyderczo szepcząc mi do ucha rzeczy, których wcale nie chcę słyszeć. nie podołasz, nie nadajesz się, co robisz na tych studiach. to nie zawód dla ciebie, nie takie miałaś marzenia, nie w tym miejscu się widziałaś, kiedy w podstawówce pisałaś list do dwudziestoletniej siebie. na początku stycznia przekroczę dumny amerykański próg dorosłości i zamiast uśmiechać się i być pewna wszystkich swoich wyborów, nie wiem czy jestem szczęśliwa na myśl o przyszłości jaka maluje się na horyzoncie. miałam być artystką, projektantką, dziennikarką - zostanę lekarzem. oczywiście, jeśli wszystko pójdzie zgodnie z aktualnym planem. ambicja, sumienie i pasja nie pozwalają mi się wycofać, ale momentami łapię się na marzeniach o podróżach, o wolności. no wlaśnie, przecież miałam zwiedzić świat. marzę o bezkresnych drogach, jeździe z przyjaciółmi starym vanem wyłożonym dywanami i śpiworami, mglistych porankach nad jeziorami, wieczorami przy ogniskach na plaży i wiosennych wędrówkach po górach. marzę o koncertach, o pisaniu, a zamiast tego moje najbliższe plany na przyszłość obejmują uczenie się odgałęzień aorty i enzymatycznej syntezy glikogenu. plany odrobinę dalsze z kolei biorą pod uwagę zaliczenie tego roku (tak dla odmiany). rzeczywistość zabija te naiwne dziecięce plany, to chyba moja pierwsza oznaka dorosłości, ale nie chce przestać marzyć. i nie zamierzam.
i boję się, boję się że się nie nadaję, że zawiodę i siebie i innych, nie spełnię swoich marzeń, że obudzę się za dziesięć lat jako zgorzkniała, samotna pani doktor i powiem sobie "mogłam poprowadzić swoje życie inaczej". ale nad tym też popracuję przy okazji ćwiczenia swojego optymizmu i mam nadzieję, że uda mi się uwierzyć i zaufać, ze przyszłość szykuje dla mnie jeszcze parę zwrotów akcji. i że kiedyś, nie jutro, nie za miesiąc, nie za rok, bede mogła stanąć przed lustrem i powiedzieć, ze jestem szczęśliwa i zadowolona z tego w jakim miejscu sie znalazłam, z tego co przeżyłam i z decyzji podjętych w przyszłości. bo każda decyzja zamyka jakies drzwi, ale zazwyczaj otwiera kilka nowych. i że wrócę do Irlandii, na te klify, do tych malutkich miasteczek. i że zamoczę nogi w jeziorze Tahoe i znow będę mogła oglądać zachód słońca z Griffith Observatory. i że nie pojadę tam sama. to jest aktualnie moja osobista definicja odległego szczęścia. odległego, bo to bliskie szczęście mam na codzień. nocne rozmowy, zachody słońca, niespodziewane wycieczki do Warszawy, naleśniki z nutellą, gorące kakao pod - niekoniecznie swoją - kołdrą. o szczęście trzeba walczyć. będę.