w głębi duszy jestem martwa. odrętwiała. tak jak w gimnazjum, kiedy zaryczana słuchałam comfortably numb floydów i wydawalo mi sie, ze kończy sie cały moj świat. znów się żalę. trudno. to boli.
po czterech latach musiałam usiąść naprzeciw osoby, którą kochałam i kocham nadal, z którą dzieliłam większość szczęśliwych i tych gorszych chwil od prawie 50 miesięcy... i powiedzieć jej, że to już nie działa. że to koniec.
czuję się jakby ktoś wyrwał mi serce, cisnął na ziemię i przeprowadził po nim armię czerwoną w najcięższych wojskowych butach. dojrzała miłość nie jest prosta. miłość bywa prosta w liceum, kiedy myślisz, że to już dorosłość, kiedy po lekcjach twój chłopak czeka na ciebie z plecakiem na plecach i wyciągniętym specjalnie dla ciebie papierosem. kiedy na palcach wymykasz się w środku nocy na spacer i czujesz się jak najszczęśliwszy człowiek na ziemi.
z czasem przestało byc łatwo. 200km potrafiło zabić uczucie. odległość. tak samo jak problemy, problemy, jeszcze wiecej problemów, brak rozmowy, słaby kontakt, praca, brak czasu, brak pieniędzy, problemy, odległość. zjebaliśmy. oboje. on to czuł, ja to czułam, bolesne porozumienie, smutny wzrok ale cicha akceptacja. nie ma sensu bawić się w szukanie winnych. niektóre decyzje muszą zostać podjęte, czasami trzeba zachować się jak na dorosłą osobę przystało i stanąć twarzą w twarz z najgorszym scenariuszem.
myślałam, że to bedzie wyglądać inaczej. spodziewałam się łez, histerii - byłam spokojna. bałam się, że nie dotrę do domu o własnych siłach - dałam radę bez większego problemu. ale teraz, leżąc w łóżku ze zgaszonym światłem, wszystko do mnie wraca. duszę się, nie mogę oddychać, całe moje świadome "dorosle" życie to jedno wielkie wspomnienie. osiemnastka. studniówka. pierwsze samodzielne wakacje. święta. sylwestry. to boli, to fizycznie boli i z minuty na minutę serce pęka mi co raz bardziej. ból w jego spojrzeniu, ściśnięty głos, świadomość, że to ja zrobiłam mu tę krzywdę będą nawiedzać mnie w najgorszych koszmarach. chociaż wiem, że żadno z nas nie było święte.
chciałabym powiedzieć, że miłość wystarczy. że zwykle "kocham cię" rozwiąże wszystkie problemy i wątpliwosśi. nie rozwiąże. miłość nie znika z dnia na dzień. po takim czasie ośmielę sie stwierdzić, ze nawet nie z miesiąca na miesiąc. problem zaczyna się, kiedy "kocham cię" ewoluuje w "kocham cię, ale...". w miłości nie ma "ale", miłość jest bezinteresowna. bezwarunkowa. a jeśli nie jest, to witam w mojej spierdolonej rzeczywistości.
to jest pierwszy i ostatni wpis o tej tematyce. desperacka próba rozprawienia się z tym, co aktualnie dzieje się wokół mnie. muszę wstać, otrzepać się i uświadomić sobie, że to wlasnie była ta jedyna słuszna decyzja. nikt nie mógł jej podjąć za mnie, a w wieku 21 lat wypada brać pełną odpowiedzialność za swoje czyny.
i powiem otwarcie, przy zdrowych zmysłach trzyma mnie tylko świadomość, ze mam dookoła siebie ludzi, którym na mnie zależy. nigdy nie przyszłoby mi do głowy, że w jeden wieczor mogę tyle wypłakać.
update 12 godzin pózniej: w nocy wszystko wydawało sie inne. trudniejsze. wydawało sie, ze poranek nigdy nie nadejdzie. it's always darkest before the dawn. ale slonce znow wstalo, ziemia nie przestała sie kręcić, czas nie zatrzymał się w miejscu. a ja muszę dalej żyć. więc założę słuchawki, ubiorę buty i przywdzieję swój najmniej szczery uśmiech, w głębi duszy modląc się, żeby z powrotem stał się szczery, jak najszybciej.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz