10 sierpnia 2014

1.

Co ja tu właściwie robię? Pracuję nad tym wpisem chyba dziesiąty raz, dziewięć poprzednich zostało brutalnie zaatakowanych ctrl+a i delete. Za każdym razem coś było nie tak, coś nie grało, chciałam coś dopisać, coś usunąć. Trudno, nie chce mi się udziwniać, przepisywać, dopisywać. Zostaje tak jak jest. Zapraszam.


Całe życie pisałam do szuflady, bo bałam się "co ludzie powiedzą". Miałam kiedyś bloga. Niejednego. Incognito. Zawsze kończyło się nagle, bo ktoś znalazł, bo ja się poddawałam, bo zmieniała się pora roku (a wraz z nią moje nastawienie do życia wykonywało mniej lub bardziej wdzięczny obrót o 180 stopni)... Nie wiem, czy tym razem zostanę, nie obiecuję, ale od paru dni czułam desperacką potrzebę oczyszczenia swojej głowy. Jedno napomknięcie, jedno zdanie, a odzew większy niż kiedykolwiek bym się spodziewała. Oto więc jestem, potencjalna publiko. Ja i moja potrzeba pisania, za którą z góry przepraszam.

Nie lubię wstępów. Pomińmy rozdrabnianie się nad tym, czego lubię a co przyprawia mnie o dreszcze obrzydzenia. Jakiego koloru mam włosy, a jakiego oczy, czego słucham a co oglądam. Kogo to właściwie obchodzi? Powiedzmy, że mam na imię A. To wystarczy. Mam 20 lat, co sprawia, że teoretycznie powinnam być w stanie podejmować dojrzałe i przemyślane decyzje, jednak momentami czuję się jak ośmiolatka pozostawiona na środku centrum handlowego. Mieszkam sama od roku, a to sugeruje, że powinnam być odpowiedzialna i zorganizowana, no cóż, nic bardziej mylnego. Studiuję "poważny" kierunek w jednym z większych miast w Polsce, ale nie dajcie się zwieść. Mam dwa życia. Albo i więcej. Tu jestem kimś innym, między ludźmi jestem kimś innym, sama dla siebie jestem kimś innym. Utrata którejkolwiek z masek kosztowałaby mnie zbyt wiele żeby na to pozwolić i istnieją może 3 osoby na tym świecie, które widziały mnie w każdej odsłonie. Współczuję im.

Ten rok był jednym, wielkim, długim, pasmem niepowodzeń. Zaczynając od mojej aparycji (+7kg na wadze raczej nie świadczy o przyroście wyłącznie masy mózgu), poprzez oblany pierwszy rok studiów, a kończąc na moim stanie psychicznym, który od października zeszłego roku zdążył wykonać parę salt, wpaść w rów mariański i zakopać się na dnie pod paroma metrami mułu. Jeśli coś mogło się nie udać - nie udawało się. Jeśli mogłam nie zdać jakiegoś egzaminu - nie zdawałam. Jeśli mogłam stracić ważną dla mnie osobę - ona sama pakowała przysłowiowe walizki i uciekała gdzie pieprz rośnie. Horyzont zaczął przecierać się dopiero w okolicach maja. Od tamtego czasu mija czwarty miesiąc i mimo wzlotów i upadków uparcie sobie powtarzam - i daję sobie wmawiać - że najgorsze już za mną, że będzie tylko lepiej, że dam sobie radę ze wszystkim.

Odgrzebałam dziś swój ulubiony TED talk, rzecz którą pierwszy raz zobaczyłam ponad rok temu, znam wyrywkowo i w razie potrzeby recytuję z pamięci, która niezmiennie wzrusza mnie od pierwszej sekundy. Czuję jakby moim powołaniem było przekazanie jej dalej i pokazanie każdemu, więc wszyscy moi znajomi widzieli piękną i mądrą Sarę Kay stojącą na tej małej scenie przynajmniej po dwa razy. Wy też powinniście to zobaczyć. Posłuchać, zrozumieć, zastanowić się. Nie "zmienić swoje życie", bo brzmi to co najmniej kretyńsko i nie działa ot tak na pstryknięcie palcami. Ale usłyszeć. A jeśli lenistwo/transfer danych/cokolwiek innego nie pozwala wam na obejrzenie tego występu, sama wetrę wam w oczy moje ulubione fragmenty.

"If I should have a daughter, instead of "Mom," she's gonna call me "Point B," because that way she knows that no matter what happens, at least she can always find her way to me. And I'm going to paint solar systems on the backs of her hands so she has to learn the entire universe before she can say, "Oh, I know that like the back of my hand." And she's going to learn that this life will hit you hard in the face, wait for you to get back up just so it can kick you in the stomach. But getting the wind knocked out of you is the only way to remind your lungs how much they like the taste of air. (..) That there'll be days like this. (...) When you open your hands to catch and wind up with only blisters and bruises; when you step out of the phone booth and try to fly and the very people you want to save are the ones standing on your cape; when your boots will fill with rain, and you'll be up to your knees in disappointment. And those are the very days you have all the more reason to say thank you. Because there's nothing more beautiful than the way the ocean refuses to stop kissing the shoreline, no matter how many times it's sent away. (...) And no matter how many land mines erupt in a minute, be sure your mind lands on the beauty of this funny place called life. And yes, on a scale from one to over-trusting, I am pretty damn naive. But I want her to know that this world is made out of sugar. It can crumble so easily, but don't be afraid to stick your tongue out and taste it. (...)  Remember that good things come in threes and so do bad things. And always apologize when you've done something wrong, but don't you ever apologize for the way your eyes refuse to stop shining. Your voice is small, but don't ever stop singing."

Potrzebowałam miejsca do przelewania swoich myśli na papier, a zdecydowałam się na bloga. Nie wiem czy (i w jakim stopniu) robi to ze mnie uczuciową ekshibicjonistkę, ale nie mam czasu na przejmowanie się takimi błahostkami. Niech się wstydzi ten, kto widzi. Cieszę się, jeśli ktokolwiek poczuje potrzebę przeczytania tych farmazonów. Traktuję to jako formę osobistej terapii i proszę was o patrzenie na moje wypociny właśnie pod takim kątem. Krytyka mile widziana. Słowa otuchy jeszcze bardziej.

xo, A.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Nowszy post Strona główna
Szablon wykonany przez Tyler