1 października 2014

8.

rok akademicki zaczął się trzy dni temu, a jutro mam pierwsze kolokwium. fun times. po niecałych trzech dobach obracania się z powrotem w towarzystwie studencko-profesorskim piszę do was spod koca i znad paczki chusteczek, nie mając siły na otworzenie tej osiemsetstronowej cegły do biochemii. bedzie smutno, płaczliwie i do pewnego stopnia żałośnie. przepraszam, potrzebuje tego.

wiecie, co jest największym skurwysyństwem? świadome wypominanie innym ich błędów. publiczne albo personalne. nieważne. jako błąd rozumiem tu każda wadę, złą decyzje, potyczkę, a może i słaby punkt, gorszą stronę. cokolwiek, co dla danej osoby może być POTENCJALNIE krzywdzące.

gdybym miała jedno oko niebieskie, a drugie brązowe, nie usłyszałabym od większości ludzi że wyglądam dziwnie. gdybym urodziła się z jedną nogą krótszą, niewiele osób miałoby tupet, zeby wołać za mną 'kaleka'. nawet otyli ludzie nie usłyszą 'grubas' z ust przeciętnie kulturalnego człowieka. bo to są tematy tabu, bo mogło się stać to to i tamto, bo to nie ich wina.

więc dlaczego będąc na uczelni wyższej, podobno "renomowanej", w założeniu otoczona wysoce wyszkoloną kadrą dydaktyczną i śmietanką społeczną złożoną z moich ambitnych rówieśników, przez trzy dni nasłuchałam się o sobie tyle, ile w życiu nie podejrzewałabym ze usłyszę? no dobrze, podejrzewałam, ale nie w twarz i nie z takiego powodu i nie od takich ludzi.

tak, nie zdałam roku. tak, traktuję to jako jedną ze swoich najwiekszych życiowych porażek. tak, przeryczalam przez to tyle nocy, ze po jakimś czasie straciłam rachubę i tak, wjechało mi to na psychikę na tyle mocno, ze znalazłam sie w miejscu, do którego juz nigdy nie chcę wrócić. ale myślałam, że z ulgą  zamknę ten rozdział, bo w końcu "past is in the past", czyż nie? och, nie mogłam mylić się bardziej.

inna grupa, kolejny rok, ten sam prowadzący. znów panika, znów płacz, znów przerażenie, znów nie potrafię zmusić się do wejścia na tę cholerną salę nie trzęsąc się jak galareta. z tym, że teraz do asortymentu komplementów pana profesora dołączyło "koleżankę juz całkiem dobrze znam", "musiała się koleżanka mocno postarać, zeby oblać rok", "koleżanka będzie chyba naszym specem" i inne tym podobne. i tak w kółko. domniemana elita tego nędznego kraju miała wystarczający tupet, żeby po paru godzinach wątpliwej znajomosci sugerować, ze moja znajomość wszystkich poprawek i trzecich terminów jest zajebiscie zabawna. 

nie, nie jest.

zeszły rok był piekłem, ciągłym pasmem niepowodzeń, które złagodniało dopiero na początku czerwca. i powiem to otwarcie, wolałabym teraz umrzeć niz cofnąć się w czasie o te dwanaście miesięcy, bo i tak zatańczyłam na granicy życia i śmierci parę razy za dużo. i może się usprawiedliwiam, i może to rzeczywiście zabawne, bo 99% osób ten rok zaliczyło, i może to rzeczywiście tylko i wyłącznie moja wina i moja głupota o tym zadecydowały? ale to nie upoważnia nikogo, powtarzam, NIKOGO, do durnowatych docinkow. bo to boli, bo zbyt prędko boleć nie przestanie, bo znow siedzę i wyję i użalam się nad sobą mimo obietnic ze będę silna za dwoje. 

i mowię uniwersalnie, do was wszystkich i każdego z osobna. think before you speak. nigdy nie znacie całej historii. 

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz