31 sierpnia 2014

5. Brak komentarzy:

Nie chcę, żebyście pomyśleli ze jestem jakąś niepotrafiącą się uśmiechać wariatką. Fakt, jestem wariatką, ale uśmiecham się całkiem często. Te wpisy to moja egoistyczna terapia, wolę wyrzucać z siebie całe zło i myśli w ten, a nie inny sposób. Przepraszam jeśli stwarzam wrażenie wiecznie smutnej osoby, ale ludzie którzy mnie znają mogą potwierdzić, że to ja zazwyczaj podtrzymuję w ludziach optymizm.

Wiecie jakie jest najgorsze uczucie na świecie? Bezsilność.

Skaleczyłaś się? Chodź, dam ci plaster, pocałuję i trochę przestanie boleć. Stłukł się twój ulubiony kubek? Posklejam go na ile to będzie możliwe. Skurcz w łydce? Rozmasuję i zrobię ci wapno o twoim ulubionym smaku. Skończyły ci się papierosy? Podzielę się z tobą swoim ostatnim bez mrugnięcia okiem. Jesteś smutna? Poczekaj sekundę, przyjdę z herbata i z ciastkami albo z pizzą, jak wolisz. Włączę naszą ulubiona piosenkę i będę tulić cię i tulić do póki cień uśmiechu nie wróci na twoją twarz. Chcesz się wygadać? Czekaj, już ubieram buty i biorę butelkę tego dobrego różowego wina.


Ale co mam zrobić kiedy jestem trzysta kilometrów dalej, gryząc wargi (tylko dlatego, że z aparatem nie da się obgryzać paznokci) i nie mogąc zrobić nic? Kiedy "będzie dobrze" i "jestem z tobą" i "kocham cię" nie wystarczają? Kiedy dając z siebie wszystko co mogę wiem, że to i tak za mało, ale nie mam wystarczającej mocy żeby zrobić coś więcej? Nie wiem i nie potrafię się z tym pogodzić i obwiniam się, obwiniam, obwiniam. Znowu sobie nie radzę, z tym co obija mi się o czaszkę nie pozwalając zasnąć, z pustką, z tęsknotą. Ale cały czas słyszę twój głos powtarzający "kto jak nie ty?", słyszałam to tyle razy tych wakacji i od czerwca do tej pory zawsze się sprawdzało. Ostatnią rzeczą jaką mam w planach jest poddanie się.

Duszę się, czuję ten niebezpieczny uścisk w gardle, tak jak kiedyś. Nie mogę oddychać, szczególnie kiedy w środku nocy przewracam się z boku na bok nie mogąc zmrużyć oka. Boje się. Ale cholera, nie dam się temu, nie tym razem, jestem za daleko żeby teraz się cofnąć. Skłamałam w liście mówiąc, że nie liczę dni. Liczę, ale tylko dlatego, żeby samej sobie udowodnić że potrafię. Czterdzieści dziewięć.

Jest tyle pięknych rzeczy, które utwierdzają mnie w przekonaniu, że warto. Uśmiech drugiego człowieka, moja młodsza siostra, z której jestem z dnia na dzień co raz bardziej dumna, moje nowe mieszkanie, moje studia, moje nadchodzące wyjazdy do stolicy, a raczej w jej okolice (kto by pomyślał, że tak pokocham miasto, na które jeszcze parę miesięcy temu nie mogłam nawet patrzeć na mapie?), poranne telefony sprawiające że mam energię na zmierzenie się z kolejnym dniem, życzliwi mi ludzie, szczególnie te parę wyjątkowych osób. Ta jedna najbardziej wyjątkowa ze wszystkich. I wiecie co, będę silna za siebie i za was jeśli tego wymaga sytuacja. Nie patrzcie się dziwnie, jeśli kiedykolwiek nagle złapie się za lewe żebra. Najprawdopodobniej zrobię to w desperackim poszukiwaniu mojego tatuażu, świadomość ze on jest na mnie, permanentnie, sprawia ze mój oddech na chwile się uspokaja.



Chcę być silniejsza niż oceany, chcę unosić góry.

28 sierpnia 2014

4. 2 komentarze:

Chciałam napisać coś entuzjastycznego, opowiedzieć jak pięknie mi minął ten tydzień i jaka wdzięczna jestem za ludzi, z którymi go spędziłam. Jest czterdzieści osiem po północy, a ja leżę jak kloda, patrzę w sufit i nie potrafię ubrać swoich emocji w słowa. Przeleżałam tak prawie cały dzień, z krótkimi przerwami na jedzenie pizzy i palenie papierosów. Sam fakt, że na pełna dobę udało mi sie zapomnieć o poprawce egzaminu o której myśle codziennie od miesiąca mówi chyba wystarczająco dużo o moim aktualnym stanie.

Jest taki piękny moment w The Perks Of Being A Wallflower. Właściwie cała scena. Ostatnia. Chcę ją tu zacytować, bo idealnie opisuje to co czułam przez ostatnie dni. To nie jest nawet ważne, nie wydlubujcie sobie nad nią oczu, to tylko moje sentymenty.

"But right now these moments are not stories. This is happening. I am here and I am looking at her. And she is so beautiful. I can see it. This one moment when you know you're not a sad story. You are alive, and you stand up and see the lights on the buildings and everything that makes you wonder. And you're listening to that song and that drive with the people you love most in this world. And in this moment I swear, we are infinite."

Nie, nie będę opowiadać o tym, CO się działo, będę raczej pisać o tym z KIM. Wpis o muzyce pojawi się jeszcze niejeden, ten będzie o przyjaźni. Chyba. Znowu.

Pamiętam swój pierwszy komputer który dostałam na komunię, chyba jako pierwsza w klasie. Pamiętam mamę sadzając mnie przy stole, musiałam mieć wtedy z osiem lat, i poważnym tonem tłumaczącą, dlaczego internetowe znajomości są złe i niebezpieczne. Nie przewracajcie oczami, widzicie już, do czego zmierzam? Ciekawostka, posłuchałam się mamy. To znaczy, przez większość życia. Po głębszym namyśle potrafię przypomnieć sobie ze trzy osoby z którymi utrzymywałam kontakt te kilka lat temu, ale w głowie zawsze miałam to matczyne 'uwazaj'. 

Nigdy nie uważałam się za osobę samotną, ogólnie lgnę do ludzi i nie potrafię bez nich funkcjonować. I chyba dopiero w momencie gdy zorientowałam się, że wszyscy moi bliscy oddalili się nie tylko fizycznie - w ilości kilometrów - ale i mentalnie, jakiś malutki ośrodek w moim mózgu wystukal rozpaczliwe s.o.s., które jakimś cudem udało mi się odebrać.

Od komunii minęło 12 lat. Dwanaście lat spędzonych, mniej lub bardziej, w sieci. I dopiero po tych dwunastu latach któregoś wieczoru w lutym usiadłam przed monitorem z rozpaczliwym "potrzebuję kogoś, nie pasuję do miejsca w którym jestem, nie poradzę sobie tutaj sama". Ludzie przyszli sami. Nie wiem jak, nie wiem czemu, nie rozumiem dlaczego akurat do mnie. Tyle razy słyszałam pytanie "a jak właściwie się poznalyscie?" i ani razu nie potrafiłam na nie odpowiedzieć. Nie wiem. Wiem, ze jedenastka to moja szczęśliwa liczba, ze była szczęśliwa od podstawówki, a najszczęśliwsza była jedenastego lutego tego roku. I mimo, ze po jakimś czasie w moim życiu w końcu na powrót znaleźli się realni przyjaciele, nigdy nie będę w stanie wyrazić jak bardzo jestem wdzięczna, ze tamtego wieczoru w lutym postanowiłam założyć konto na Twitterze.

Szkoda, ze nie widzicie, jacy jesteście wspaniali. Szkoda, ze nie rozumiecie jacy jesteście ważni i ile znaczycie dla drugiego człowieka. Ile znaczycie dla mnie. Każdy z osobna i wszyscy razem. Nawet jesli tego czasem nie okazuje, jesli nie potrafię znaleźć słów zeby jakimś cudem znaleźć dla was odrobine ukojenia, jesli mam za krótkie ramiona zeby wyciągnąć je przez setki kilometrów... Ja patrzę, słucham, widzę. I pęka mi serce, jesli ktoś na kim mi zależy cierpi. Ale, kto z nas tak nie ma?

Wracając do minionego tygodnia, było magicznie. Nie wiem, czy kiedykolwiek w życiu uśmiechalam sie tak dużo i tak szeroko. Nie jestem pewna czy kiedykolwiek wcześniej potrafiłam tak bardzo cieszyć sie cudzym szczęściem. Nie żałuje ani sekundy, ani jednego momentu, ani jednej decyzji podjętej w tym czasie. I kiedy wczoraj wróciłam z Warszawy, weszłam do pustego domu, a potem do sypialni, poczułam pustkę. Ale nie tą depresyjną, przytlaczającą "nigdy cię nie zobaczę" pustkę, wręcz przeciwnie. Po prostu chodzę po domu, który jeszcze pare dni temu tętnił życiem i huczal od naszego śmiechu. Znajduje nasze porozrzucane rzeczy i odtwarzam w pamięci co sie działo.

Leżę kolejną godzinę i patrzę w sufit. Trochę dzisiaj płakałam, przyznaję. Ale ogarnął mnie dziwny spokój i łapię się na tym, że cały czas się uśmiecham. Poduszka powoli przestaje pachnieć Tobą, bo przytulalam ją cały dzień. Na stole nie ma juz plam po orzechówce, a na tarasie deszcz zmył popiół od papierosów. A ja nadal jestem spokojna. Jest mi pusto, ale jest szczęśliwie, bo wiem, że niezależnie co się stanie nie jestem już sama. I wierzę, że już nigdy nie będę. Bo to "zawsze" zabrzmiało inaczej niz każde poprzednie "zawsze", które słyszałam w swoim życiu. 

Mamo, myliłaś się.

14 sierpnia 2014

3. Brak komentarzy:

Będę siedzieć całą noc i mówić do ciebie, nawet jeśli będziesz zatykać uszy. Będę wirtualnie trzymać cię za rękę za każdym razem gdy zniknie ci z oczu to malutkie światełko na końcu tunelu, przeklinając dzielące nas setki kilometrów. Będę powtarzać te same słowa, te same zaklęcia, nasze zaklęcia, jak mantrę, wierząc, że w końcu je usłyszysz. Zagłuszę miłością każde zło, które rozedrze Ci myśli, wyjmę szkło z Twoich oczu jak w tej starej bajce o Królowej Śniegu, którą opowiadała mi babcia. Rozprostuję twoje zaciśnięte dłonie i pocałuję każdy ślad po zbyt głęboko wbitym paznokciu. Będę cię kochać za siebie i za ciebie i na każdym kroku udowadniać, jak wiele jesteś warta dla mnie i dla reszty świata. Nawet jeśli nie będziesz chciała mnie słuchać. Zrozumiem.

Chciałabym potrafić pomóc ci zwalczyć wszystkie twoje demony, raz a porządnie, raz a do samego końca, ale na razie musimy zadowolić się małymi kroczkami. Kiedyś do tego dojdziemy, kiedyś złapiemy się za ręce, spojrzymy za siebie i będę mogła powiedzieć swoje ulubione "a nie mówiłam", zobaczysz. Może nie będziemy się z tego śmiać, bo to nigdy nie będzie zabawne, ale odetchniemy z ulgą, że wszystko nam się udało. jak zawsze.

Mówiłaś mi, że jeśli chcę pomagać innym, najpierw muszę pomóc sobie. Co jeśli pomaganie innym jest właśnie samopomocą? Fakt, że czuję się potrzebna, doceniona, że słyszę z twoich ust potwierdzenie że to, co robię ma sens, znaczy dla mnie więcej niż jakiekolwiek inne słowa. Powiedz, jak mam wierzyć w przypadki, skoro każdy dzień i każda nasza wspólna historia potwierdza tę moją cholerną filozofię. Pojawiłaś się znikąd, znienacka wchodząc w moje zadeptane życie i zamiast zadeptać je do końca, cegiełka po cegiełce pomagasz mi je odbudować. Z nieznajomej, wirtualnej, abstrakcyjnej osoby schowanej za monitorem setki kilometrów dalej, stałaś się tą najbliższą, dokańczającą moje zdania, czytającą mi w myślach. Codziennie pytam się czym na to zasłużyłam i dziękuję za to, że jesteś. Jeśli to nie jest znak, że będzie dobrze, to nie wiem, co nim jest.

Dałam Ci swoje serce z dziecięcą ufnością mówiąc że będę, na dobre i na złe. Nie zwątpię w siebie jeśli ty nie zwątpisz w nas. Trzymaj mnie za rękę, bij po mordzie i krzycz do ucha kiedy chowam się sama przed sobą, nie daj mi zaprzepaścić tego, co budujemy. Pomóż mi, kiedy każdym moim dwóm mozolnym krokom do przodu towarzyszy cios w tył głowy i błyskawiczny krok wstecz. Wiem, że z tobą potrafię. Wiem, że razem damy sobie radę. I może jestem naiwna, i może nie uczę się na błędach, i może nadal patrzę na życie wielkimi ufnymi oczami ośmiolatki... Ale wierzę, w nas.

Przyjaciółko.

12 sierpnia 2014

2. Brak komentarzy:

Jak to jest, wykrzyczeć ukochanej osobie w twarz wszystko co ukrywało się przed nią przez długie miesiące? Jak to jest patrzeć jak spuszcza wzrok i widzieć w jej oczach cały ból, który zadało się jej tym wyznaniem? Jak to jest usłyszeć parę minut później, że po 4 latach związku potrzeba jej przerwy i odpoczynku i jak to jest wiedzieć, że to wszystko przez ciebie, przez to, co wyrzuciłaś z siebie w złości i ataku histerii? Nikt miał tego nie usłyszeć, nikt więcej, nikt poza ludźmi który wiedzieli. Bo ostatnią rzeczą która przychodzi człowiekowi do głowy w takiej sytuacji to zrzucanie swoich problemów na najbliższych. Zjebałam.

A z drugiej strony: 

Jak to jest, usłyszeć od bliskiej osoby, że była o krok od miejsca, w którym w życiu nie pomyślałabyś że się znajdzie? Jak to jest nie być jej w stanie pomóc i wyć z bezsilności i przerażenia? Jak to jest wiedzieć, że tylko dzięki magicznemu zrządzeniu losu - bo przecież nie przypadku - nadal możecie rozmawiać? Jak to jest kiedy dostajesz cios w tył czaszki w najmniej oczekiwanym momencie i jedyne na co cię stać przez kolejne dwie godziny to trzęsące się ręce i pusty wzrok wbity w sufit nad tobą? Zjebałam.

W ciągu jednej doby miałam okazję doświadczyć obydwu punktów widzenia. Ba, doby. W ciągu 12h. I nie chcę nigdy więcej w życiu przechodzić przez coś podobnego, jestem wytarta psychicznie i emocjonalnie jak dziesięcioletni ręcznik. Będę walczyć o niego, mam nadzieję że znajdę w sobie dość siły żeby to wszystko naprawić. Może on też zawalczy o mnie. Miłość nie znika. Będę walczyć o was, jakkolwiek źle by nie było, bo jesteście światełkiem na końcu mojego ciemnego tunelu. Będę walczyć o siebie, bo za dużo za mną żeby teraz upaść i się nie podnieść. Ale wy walczcie, żeby wystarczyło mi siły.

10 sierpnia 2014

1. Brak komentarzy:

Co ja tu właściwie robię? Pracuję nad tym wpisem chyba dziesiąty raz, dziewięć poprzednich zostało brutalnie zaatakowanych ctrl+a i delete. Za każdym razem coś było nie tak, coś nie grało, chciałam coś dopisać, coś usunąć. Trudno, nie chce mi się udziwniać, przepisywać, dopisywać. Zostaje tak jak jest. Zapraszam.


Całe życie pisałam do szuflady, bo bałam się "co ludzie powiedzą". Miałam kiedyś bloga. Niejednego. Incognito. Zawsze kończyło się nagle, bo ktoś znalazł, bo ja się poddawałam, bo zmieniała się pora roku (a wraz z nią moje nastawienie do życia wykonywało mniej lub bardziej wdzięczny obrót o 180 stopni)... Nie wiem, czy tym razem zostanę, nie obiecuję, ale od paru dni czułam desperacką potrzebę oczyszczenia swojej głowy. Jedno napomknięcie, jedno zdanie, a odzew większy niż kiedykolwiek bym się spodziewała. Oto więc jestem, potencjalna publiko. Ja i moja potrzeba pisania, za którą z góry przepraszam.

Nie lubię wstępów. Pomińmy rozdrabnianie się nad tym, czego lubię a co przyprawia mnie o dreszcze obrzydzenia. Jakiego koloru mam włosy, a jakiego oczy, czego słucham a co oglądam. Kogo to właściwie obchodzi? Powiedzmy, że mam na imię A. To wystarczy. Mam 20 lat, co sprawia, że teoretycznie powinnam być w stanie podejmować dojrzałe i przemyślane decyzje, jednak momentami czuję się jak ośmiolatka pozostawiona na środku centrum handlowego. Mieszkam sama od roku, a to sugeruje, że powinnam być odpowiedzialna i zorganizowana, no cóż, nic bardziej mylnego. Studiuję "poważny" kierunek w jednym z większych miast w Polsce, ale nie dajcie się zwieść. Mam dwa życia. Albo i więcej. Tu jestem kimś innym, między ludźmi jestem kimś innym, sama dla siebie jestem kimś innym. Utrata którejkolwiek z masek kosztowałaby mnie zbyt wiele żeby na to pozwolić i istnieją może 3 osoby na tym świecie, które widziały mnie w każdej odsłonie. Współczuję im.

Ten rok był jednym, wielkim, długim, pasmem niepowodzeń. Zaczynając od mojej aparycji (+7kg na wadze raczej nie świadczy o przyroście wyłącznie masy mózgu), poprzez oblany pierwszy rok studiów, a kończąc na moim stanie psychicznym, który od października zeszłego roku zdążył wykonać parę salt, wpaść w rów mariański i zakopać się na dnie pod paroma metrami mułu. Jeśli coś mogło się nie udać - nie udawało się. Jeśli mogłam nie zdać jakiegoś egzaminu - nie zdawałam. Jeśli mogłam stracić ważną dla mnie osobę - ona sama pakowała przysłowiowe walizki i uciekała gdzie pieprz rośnie. Horyzont zaczął przecierać się dopiero w okolicach maja. Od tamtego czasu mija czwarty miesiąc i mimo wzlotów i upadków uparcie sobie powtarzam - i daję sobie wmawiać - że najgorsze już za mną, że będzie tylko lepiej, że dam sobie radę ze wszystkim.

Odgrzebałam dziś swój ulubiony TED talk, rzecz którą pierwszy raz zobaczyłam ponad rok temu, znam wyrywkowo i w razie potrzeby recytuję z pamięci, która niezmiennie wzrusza mnie od pierwszej sekundy. Czuję jakby moim powołaniem było przekazanie jej dalej i pokazanie każdemu, więc wszyscy moi znajomi widzieli piękną i mądrą Sarę Kay stojącą na tej małej scenie przynajmniej po dwa razy. Wy też powinniście to zobaczyć. Posłuchać, zrozumieć, zastanowić się. Nie "zmienić swoje życie", bo brzmi to co najmniej kretyńsko i nie działa ot tak na pstryknięcie palcami. Ale usłyszeć. A jeśli lenistwo/transfer danych/cokolwiek innego nie pozwala wam na obejrzenie tego występu, sama wetrę wam w oczy moje ulubione fragmenty.

"If I should have a daughter, instead of "Mom," she's gonna call me "Point B," because that way she knows that no matter what happens, at least she can always find her way to me. And I'm going to paint solar systems on the backs of her hands so she has to learn the entire universe before she can say, "Oh, I know that like the back of my hand." And she's going to learn that this life will hit you hard in the face, wait for you to get back up just so it can kick you in the stomach. But getting the wind knocked out of you is the only way to remind your lungs how much they like the taste of air. (..) That there'll be days like this. (...) When you open your hands to catch and wind up with only blisters and bruises; when you step out of the phone booth and try to fly and the very people you want to save are the ones standing on your cape; when your boots will fill with rain, and you'll be up to your knees in disappointment. And those are the very days you have all the more reason to say thank you. Because there's nothing more beautiful than the way the ocean refuses to stop kissing the shoreline, no matter how many times it's sent away. (...) And no matter how many land mines erupt in a minute, be sure your mind lands on the beauty of this funny place called life. And yes, on a scale from one to over-trusting, I am pretty damn naive. But I want her to know that this world is made out of sugar. It can crumble so easily, but don't be afraid to stick your tongue out and taste it. (...)  Remember that good things come in threes and so do bad things. And always apologize when you've done something wrong, but don't you ever apologize for the way your eyes refuse to stop shining. Your voice is small, but don't ever stop singing."

Potrzebowałam miejsca do przelewania swoich myśli na papier, a zdecydowałam się na bloga. Nie wiem czy (i w jakim stopniu) robi to ze mnie uczuciową ekshibicjonistkę, ale nie mam czasu na przejmowanie się takimi błahostkami. Niech się wstydzi ten, kto widzi. Cieszę się, jeśli ktokolwiek poczuje potrzebę przeczytania tych farmazonów. Traktuję to jako formę osobistej terapii i proszę was o patrzenie na moje wypociny właśnie pod takim kątem. Krytyka mile widziana. Słowa otuchy jeszcze bardziej.

xo, A.
Nowsze posty Strona główna
Szablon wykonany przez Tyler