Siedzenie nad biochemią pochłania mnie od dobrej chwili, więc nie wytrzymując presji i stresu uciekam myślami zupełnie gdzie indziej. Nie powinnam, bo zdanie tego egzaminu to kwestia życia i śmierci, ale uciekam. Bo jestem tchórzem, bo sie boje, bo nie wiem, tłumaczcie to sobie jak chcecie. Ja nie mam siły.
Starzeję się. Doszłam do tego wniosku parę dni temu z zaciekawieniem zauważając, jak bardzo zmieniły mi sie priorytety. Śmieszne, dziewczyna z twarzą szesnastolatki pisze, jak nieświadomie i po kryjomu zmieniła jej się wizja przyszłości, a za razem definicja szczescia. I przyznaję, na początku byłam przerażona i czułam się jak śmieć bez żadnych poważnych ambicji, ale chyba po prostu musiałam się z tym oswoić. Z faktem, ze skończyłam liceum jakiś czas temu (wow, czyżby w końcu zaczęło to do mnie docierać?), i że za pare lat przestanę farbować włosy tylko dlatego żeby "nie wyglądać jak szczur".
Pamiętam jak śmiałam się w głos kiedy ciocia chciała pożyczać mi swoje obcasy, bo przecież do końca życia miałam zamiar chodzić tylko i wyłącznie w glanach. Pamiętam jak chciałam zmienić świat, jak chciałam znaczyć coś więcej, jak bałam się, że życie upłynie mi na "durnowatym siedzeniu za biurkiem i grzaniu kanapy w domu", o jak mnie to kiedys śmieszyło! Siedziałam z Łukaszem nad rzeką, byłam w trzeciej gimnazjum i obiecywaliśmy sobie, że my będziemy inni, że bedziemy wolni, że będziemy lepsi niz "ci wszyscy smutni szarzy ludzie" (a potem czasy sie zmieniły i, o ironio, bardzo szybko stał sie tym, kim kiedys gardził najbardziej na świecie. bede mnie.).
I oto jestem, pięć lat później, na pierwszym/drugim roku studiów, leżę w łóżku, a ta żółta biochemiczna cegła spoczywająca na moich żebrach znacząco utrudnia oddychanie. Jakby tego było mało, dusi mnie tęsknota i bezsilność. I w dodatku od doby mazgaję się jak dzieciak. Brzmi żałośnie, co? Trudno, to przejściowe. Póki co jestem na dobrej drodze do szczęścia. Takiego permanentnego.
Bo nim się spostrzegłam, szczęscie przestało być niezależnością, wolnością, artyzmem w każdym możliwym wydaniu. Pogodziłam się z faktem, że nigdy nie nauczę sie pięknie rysować, że nigdy nie stanę z gitarą na scenie przed tysiącem ludzi, bo może i mam świetny słuch, ale talentu i głosu za grosz, a ponad to chyba spaliłabym sie ze wstydu. Nie będę dziewczyną gwiazdy rocka, bo kiedy w końcu przeprowadzę sie do Kalifornii nie będę już chciała patrzeć na nikogo innego poza na osobą, ktora zabiorę tam ze sobą.
Moje szczęście to nie będzie zmienianie świata, to nie będą wielkie czyny i moje imię na ustach wszystkich. Nie sądzę też żebym zdobyła się na szlachetny krok pomagania biednym dzieciom w Afryce. Czy to źle? Każdy ma być bohaterem dla siebie samego. Moje szczęście to leniwe niedzielne poranki w ciepłej pościeli, moje szczęście to słońce za oknem w lecie i biały parapet zimą, moje szczęście to zapach naleśników na śniadanie i ramiona tej jedynej, najbliższej osoby dookoła mojej talii codziennie przed zaśnięciem i po obudzeniu. Moje szczęście to praca, która sprawi, że będę czuła się doceniona, to radość z powrotów, to możliwość odkrywania nowych, pięknych miejsc gdziekolwiek na tym świecie. To spokój, przede wszystkim spokój.
I być moze to egoistyczne, być moze jestem wygodna, rozpieszczona i powinnam zachowywać się szlachetnej - w końcu mój przyszły zawód powinien do tego zobowiązywać - ale wiecie co? Mam to gdzieś. Nie chcę byc niczyim autorytetem, chcę byc szczęśliwa sama dla siebie i dla najbliższych.
Nie zrozumcie mnie źle, daleko mi do oceniania czyichś marzeń i ambicji. Każdego uszczęśliwia inna rzecz, inna przyszłość, bo nie ma jednej właściwej drogi. Ale chciałabym żeby każdy z was, komu chciało sie dobrnąć do końca, tak samo jak ja przyjął do wiadomości, że życie to nie film, to nie książka i że nie można się nad tym załamywać, bo zwyczajne życie też może być piękne. A jeśli wam się uda - będę mogła z dumą powiedzieć, że znałam kogoś, kto zmienił świat.
A teraz, żeby skończyć brzmieć jak natchniona poetka, powiem wam, że idę po wiadro lodów, wkuję tę biochemię, zdam egzamin, upiję się do nieprzytomności jak na przykładną studenkę przystało i za dwa tygodnie o tej porze ustąpię drogi swojej wewnętrznej szesnastolatce, która spod barierek bedzie wyśpiewywać kazde słowo każdej piosenki unisono ze swoim ukochanym zespołem. Pa.