w momencie kiedy powinnam siedzieć i kuć reakcje, etapy i enzymy glukoneogenezy (a może glikoneogenezy?) na jutrzejsze kolokwium, dorwała mnie wena. więc piszę nie w zeszycie, a tu.
pamiętam, jak w niedzielę leżałam w łożku i w półśnie wymamrotałam coś w stylu "jest tysiąc rzeczy, które chcę ci powiedzieć, ale nie wiem od czego zacząć". i to jest mój problem. potrafię pisać, mogłabym pisać poematy, listy, te miłosne i te trochę mniej, potrafiłabym w jedną noc napisać książkę o tym co czuję. tyle razy potrafię powtórzyć, że warto rozmawiać, że trzeba rozmawiać. kłótnia? potrafię wyjaśnić o co mi chodzi w wiadomości długiej jak rozdział niejednej powieści. ale gdyby przyszło co do czego, nigdy nie przejdzie mi to przez gardło. sztuka rozmowy zanika, bo mamy telefony, tablety, komputery, chowamy się za wyświetlaczami i momentami czujemy się anonimowi nawet dla najbliższych osób.
jestem tchórzem. wiem i potrafię to przyznać przed sama sobą, śmiejesz sie ze mnie, wszyscy się z tego śmieją łącznie ze mną samą, ale nadal wolę wszystko załatwiać pisemnie. to daje czas do namysłu, na dobór odpowiednich słów, na wzięcie głębokiego wdechu jesli odpowiedź trafia cię jak rozpędzony samochód kiedy ty chciałas tylko spokojnie przejść przez przejście dla pieszych. oczywoście, to dobrze że potrafię pisać, bo znajduję w tym ukojenie, wolę to niż mysli kłębiące sie w głowie i przysłaniające jasność umysłu. i polecam to każdemu.
ale chcę nauczyć się rozmawiać. muszę. chcę znaleźć w sobie odwagę, żeby stanąć z kimś twarzą w twarz i powiedzieć: nie podoba mi sie to i to, nie odpowiada mi twoje zachowanie, uważam ze to i to jest złe, krzywdzisz mnie. albo zupełnie inaczej: kocham cię. kocham cię tak jak jeszcze nigdy nikogo i wszystko to co pisze to prawda której nie potrafię wyartykułowac, tak jakby moje struny głosowe przestawały funkcjonować, a płuca zapadały sie w sobie i nie tłoczyły powietrza z powrotem do krtani. zamiast tego potrafię tylko zwinąć sie w kłębek, przytulić i rozpłakać z nadmiaru emocji. nie potrafię patrzeć w oczy obcym ludziom, ogólnie boję sie mowić. doszukuję sie przyczyny w tym swoim panicznym lęku przed odrzuceniem, przed ocenianiem i ośmieszeniem się, który towarzyszy mi wlaściwie odkąd pamiętam. dlatego mowię tak szybko, dlatego mam problemy z dykcją, dlatego połykam samogłoski i własna matka wywraca oczami każąc mi powtarzać dziesięć razy jedno zdanie. anegdotka o mojej ustnej maturze z angielskiego i o tym jak musiałam ją powtarzać słowo w słowo po raz drugi teraz jest zabawna, ale uwierzcie, półtora roku temu to było piekło.
robię małe kroczki. niepewne. to wszystko się na nich opiera. ale wiem ze chcę i wiem, że za jakiś czas sie na to zdobędę. że podejdę przy kolejnej okazji do osoby, która sprawia ze mdli mnie z obrzydzenia i nie bede bała się powiedzieć co leży mi na sercu. ze siądę u ciebie na kanapie, zamknę oczy i opowiem ci te wszystkie historie, które bezskutecznie chce ci przekazać za każdym razem. a potem może nawet spojrzę ci w oczy.