Nie chcę, żebyście pomyśleli ze jestem jakąś niepotrafiącą się uśmiechać wariatką. Fakt, jestem wariatką, ale uśmiecham się całkiem często. Te wpisy to moja egoistyczna terapia, wolę wyrzucać z siebie całe zło i myśli w ten, a nie inny sposób. Przepraszam jeśli stwarzam wrażenie wiecznie smutnej osoby, ale ludzie którzy mnie znają mogą potwierdzić, że to ja zazwyczaj podtrzymuję w ludziach optymizm.
Wiecie jakie jest najgorsze uczucie na świecie? Bezsilność.
Skaleczyłaś się? Chodź, dam ci plaster, pocałuję i trochę przestanie boleć. Stłukł się twój ulubiony kubek? Posklejam go na ile to będzie możliwe. Skurcz w łydce? Rozmasuję i zrobię ci wapno o twoim ulubionym smaku. Skończyły ci się papierosy? Podzielę się z tobą swoim ostatnim bez mrugnięcia okiem. Jesteś smutna? Poczekaj sekundę, przyjdę z herbata i z ciastkami albo z pizzą, jak wolisz. Włączę naszą ulubiona piosenkę i będę tulić cię i tulić do póki cień uśmiechu nie wróci na twoją twarz. Chcesz się wygadać? Czekaj, już ubieram buty i biorę butelkę tego dobrego różowego wina.
Ale co mam zrobić kiedy jestem trzysta kilometrów dalej, gryząc wargi (tylko dlatego, że z aparatem nie da się obgryzać paznokci) i nie mogąc zrobić nic? Kiedy "będzie dobrze" i "jestem z tobą" i "kocham cię" nie wystarczają? Kiedy dając z siebie wszystko co mogę wiem, że to i tak za mało, ale nie mam wystarczającej mocy żeby zrobić coś więcej? Nie wiem i nie potrafię się z tym pogodzić i obwiniam się, obwiniam, obwiniam. Znowu sobie nie radzę, z tym co obija mi się o czaszkę nie pozwalając zasnąć, z pustką, z tęsknotą. Ale cały czas słyszę twój głos powtarzający "kto jak nie ty?", słyszałam to tyle razy tych wakacji i od czerwca do tej pory zawsze się sprawdzało. Ostatnią rzeczą jaką mam w planach jest poddanie się.
Duszę się, czuję ten niebezpieczny uścisk w gardle, tak jak kiedyś. Nie mogę oddychać, szczególnie kiedy w środku nocy przewracam się z boku na bok nie mogąc zmrużyć oka. Boje się. Ale cholera, nie dam się temu, nie tym razem, jestem za daleko żeby teraz się cofnąć. Skłamałam w liście mówiąc, że nie liczę dni. Liczę, ale tylko dlatego, żeby samej sobie udowodnić że potrafię. Czterdzieści dziewięć.
Jest tyle pięknych rzeczy, które utwierdzają mnie w przekonaniu, że warto. Uśmiech drugiego człowieka, moja młodsza siostra, z której jestem z dnia na dzień co raz bardziej dumna, moje nowe mieszkanie, moje studia, moje nadchodzące wyjazdy do stolicy, a raczej w jej okolice (kto by pomyślał, że tak pokocham miasto, na które jeszcze parę miesięcy temu nie mogłam nawet patrzeć na mapie?), poranne telefony sprawiające że mam energię na zmierzenie się z kolejnym dniem, życzliwi mi ludzie, szczególnie te parę wyjątkowych osób. Ta jedna najbardziej wyjątkowa ze wszystkich. I wiecie co, będę silna za siebie i za was jeśli tego wymaga sytuacja. Nie patrzcie się dziwnie, jeśli kiedykolwiek nagle złapie się za lewe żebra. Najprawdopodobniej zrobię to w desperackim poszukiwaniu mojego tatuażu, świadomość ze on jest na mnie, permanentnie, sprawia ze mój oddech na chwile się uspokaja.
Chcę być silniejsza niż oceany, chcę unosić góry.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz