Dobra, przyznaję, miałam to napisać w niedzielę, ale life happened i wolałam wąchać kwiatki w ogrodzie botanicznym cały dzień. Gwoli wprowadzenia, jak pewnie większość z was się orientuje, jestem od trzech tygodni w Anglii na wyspie Wight i rozkosznie się wakacjuję, przy okazji codziennie spędzając parę godzin w szpitalu na oddziale pediatrycznym. A właściwie odwrotnie - robię praktyki wakacyjne, przy okazji rozkoszując się fenomenalną przyrodą i miejscami, ktore mam okazję odwiedzić. I jest super, i jest świetnie i naprawdę nie sądziłam, że ma takim poziomie mojego zaawansowania klinicznego (żadnym) taka wycieczka tyle mi da na podłożu medyczno-edukacyjnym. Ale nie o tym będzie ten wpis. Chcę wam o czymś opowiedzieć.
Lubię mieć święty spokój. Kiedy byłam młodsza nigdy nie taktowałam tego jako coś nienormalnego, czy cechę, która odróżnia mnie od moich rówieśników, bo przecież w podstawówce nie zwraca się uwagi na takie rzeczy. Ta myśl wyewoluowała we mnie w gimnazjum byłam na tyle zbuntowana, że uważałam się za najorginalniejszą i najlepszą osobę na świecie, po czym w liceum byłam tak towarzysko zajęta, że kompletnie o tym zapomniałam. I wróciło do mnie po maturze, a dopiero dziś ubieram to w słowa, jako przypomnienie dla siebie na przyszłośc i wolną myśl do przeczytania dla was. O co mi chodzi? Już tłumaczę.
Jakiś czas temu usłyszałam (a może przeczytałam?) dobitne stwierdzenie - nie pójdę tam/nie zrobię tego, bo gdzie to tak samemu, bez żadnego towarzystwa. Przecież nie pójdę sama do kina, bo jak to tak. Przecież jak pójdę sam na spacer to jeszcze ludzie pomyślą, że jakiś wariat. No gdzie, to bez sensu. Nie mam znajomych. Takie podejście nasila się w wakacje, kiedy nikogo znajomego nie ma pod ręką, co jest świetną wymówką do siedzenia w domu.
W przedszkolu zupełnie nie czułam różnicy miedzy zabawą w dom z koleżankami, a układaniem puzzli w samotności. Kiedy podrosłam i weszłam w ten głupawy okres buntu, kreowałam się na niezrozumianą udręczoną duszę i snułam się sama z aparatem i odtwarzaczem niszcząc sobie uszy gównianymi słuchawkami. Pamiętam takie lato, chyba między pierwszą a drugą klasą gimnazjum, kiedy byłam jeszcze za mała żeby jechać gdzieś ze znajomymi, ale zbyt dorosła - przynajmniej w mojej głowie - żeby jeździć z rodziną. Jednak rodzice zdecydowali, że wyslanie mnie nad polskie morze z dziadkami to świetny pomysł. Boze, jak ja cierpiałam! Żeby zamanifestować swoją dojrzałość i niezależność, dzień w dzień po południu brałam na plecy gitarę, do ręki aparat i snułam się sama jak palec po lesie i wydmach, robiąc sobie przystanki na granie i fotografowanie wszystkiego dookoła. Czy czułam się wyjątkowa? Tak. Czy to było wyjątkowe? Nie. Ale to było zdrowe.
Potem przyszło liceum i konieczność zaznaczenia tego, jaka jestem super cool z moimi znajomymi, wiec na dłuższą chwilę moja potrzeba spokoju została zepchnięta głęboko w podświadomość. Ale potem napisałam maturę i wyjechałam sama samiusieńka na 3 miesiące do pracy w Irlandii. Wprawdzie byłam au pair, więc na brak rozrywki nie mogłam narzekać, ale zostawały popołudnia, weekendy, dni wolne - a siedzenie w cudzym domu w pokoju 2x2m nie leżało w moim obszarze zainteresowań. Prawdę mówiąc nawet wspominałam tamten wyjazd w zeszłym tygodniu (głównie przez to, że skojarzył mi sie z nim zapach perfum, których teraz używam i przypomniałam sobie ze identyczne miałam ze sob w Irlandii) i doszłam do wniosku, ze to wlasnie wtedy dopuściłam do siebie mysl, że czerpanie przyjemnosci z samotności i byciu samej ze sobą nie jest wyjątkowe, ale jest całkiem miłe i korzystne.
Tamtego lata zjechałam pół Irlandii sama. Autobusami, z mapą, ze zorganizowanymi wycieczkami. Za połowę każdej wypłaty jechałam "gdzieś". Wlasciwie gdziekolwiek. Dublin, parki krajobrazowe, jakieś jezioro, jakies miasteczko. Jeśli było tam połączenie, potrzebowałam tylko wolnego dnia i rozkładu jazdy autobusów. I było świetnie. Kiedy wróciłam do domu okazało się, że 90% moich znajomych (w tym 100% bliskich znajomych) przeprowadza się na studia. Większość z nich do innych krajów. Z resztą, ja też się wyprowadziłam. I o ile w Poznaniu poznałam wspaniałych ludzi, to wracając do Wrocławia na weekendy czy na wakacje nawet nie miałam do kogo się odezwać. Czy mi ich wszystkich brakowało? Oczywiscie. Czy w ogole przyszło mi do głowy, żeby się z tego powodu ograniczać? W życiu.
Kręcę strasznie i krążę wokół tematu, a wpis w sumie wyewoluował w swobodny strumień świadomości, ale zrozumcie mnie - jestem sentymentalnym gównem. Aktualnie siedzę troszkę zmarznięta w porcie patrząc jak wraz z przypływem łódki stopniowo podnoszą się z dna i w dodatku słucham Kooksów. Przyroda mnie uspokaja, więc te trzy tygodnie spędziłam gapiąc się na morze, na krajobrazy, na klify, chodząc nadbrzeżnymi ścieżkami i pokonując pagórek po pagórku.
Ruszcie się z domu. To, że nie macie z kim wyjsć to żadna wymówka. To, że nie macie gdzie wyjść to guzik prawda. Nie macie co ze sobą zrobić? Zabierzcie się na randkę do tej nowej kawiarni, którą otworzyli w centrum. Na ten film, ktory wszedł do kin wczoraj, a na ktory czekaliście od kilku tygodni. Weźcie książkę, słuchawki i siądźcie na trawie w parku. Wsiądźcie na rower, odkurzcie rolki. Przejdźcie się na spacer do lasu za domem, na pole, nad strumyk - gdziekolwiek. I gdziekolwiek mieszkacie, na pewno jest jakieś miejsce, na pewno lepsze niz wasze duszne cztery ściany. Nie sugeruję nawet, ze macie odłączać się od świata - weźcie ten telefon, zabierzcie powerbanka, zbierajcie pokemony, siedźcie na twitterze czy co tam lubicie robić. Ale wyjdźcie. Samemu nie znaczy źle, samemu znaczy po swojemu. W spokoju. Pooglądajcie przyrodę, pooglądajcie jak żyje miasto, pooglądajcie ludzi. Albo, jesli macie na tyle dużo odwagi, pooglądajcie siebie samych (i nie mam tu na mysli przegladania sie w lustrze). Ja oglądam siebie dopiero od paru dni.