10 września 2014

7. Brak komentarzy:

Rzecz bedzie o tesknocie. Dlugo brałam się za ten wpis, chyba sama bałam się z nim zmierzyć. Bo każdy tęskni, za czymś, za kimś, nieważne. Tęskni moja trzynastoletnia siostra, tęsknisz Ty, czytelniku, tęsknię i ja. Nieustannie.

Dotarło to do mnie dwa tygodnie temu, kiedy z sercem połamanym na tysiące kawałeczków leżałam na łóżku, tępym wzrokiem patrząc w sufit i przekonując się, że wszystko ze mną w porządku. Nie, nic nie było w porządku. Tesknota wpelzla mi do mózgu odbierając zdolność do skupienia się na czymkolwiek. Do wykonania najprostszej ludzkiej czynności. Byłam tylko ja, poduszka i to cholerne uczucie pustki, które fizycznie brzęczało mi w uszach. A przecież nic takiego się nie stało. Przecież ja tylko wróciłam do domu. Pomyślałam sobie w końcu, że jeśli tak ma wyglądać każdy koniec pięknego weekendu, to najwyższy czas nauczyć się sobie z tym radzić, bo przez tamte parę dni balansowałam na granicy szaleństwa.

Są trzy rodzaje tęsknoty. 

Jest tęsknota toksyczna, wyniszczająca, za czymś, co nigdy nie wroci. Jak dementor w zakazanym lesie w trzeciej części HP, wysysa z człowieka całe szczęście, zamieniając je na cierpienie i ból. Jedynym rozwiązaniem jest wyrwać sie z tego jak najszybciej, nie pielęgnować w sobie uczuć, które niszczą cię od środka. Kiedy odszedł Ł. ("odszedł" to piękne słowo żeby opisać JAK to zrobił, pisząc do mnie dwuzdaniowa wiadomość tekstowa i zapominając o mojej egzystencji) płakałam przez tydzień. Nie jadłam, nie wychodziłam z pokoju, nie odzywałam sie do nikogo ani słowem. Siedziałam i płakałam, schudłam 5 kilo, nie widziałam swiata przez zapuchnięte oczy, a moja matka wykupiła dla mnie chyba cały zapas chusteczek w promieniu 10km. W końcu zabrakło mi łez. Tęsknilam przez rok. Codziennie czułam sie jakby ktoś brutalnie wyrywał cząstkę mnie, kiedy mijalam go na zbyt ciasnym szkolnym korytarzu, kiedy przez rok patrzyłam na najważniejszego człowieka w moim życiu ze świadomością, że ja juz nigdy nie bede dla niego tym kimś, kim on nadal był dla mnie. Aż któregoś dnia obudziłam sie z głośnym "wystarczy". I wystarczyło. Odnalazłam wokół siebie innych wartościowych ludzi, a dzieki nim na powrót odnalazłam siebie. Zrozumiałam, ze straciłam ten rok niszcząc się psychicznie na własne życzenie. Cztery lata pózniej to wspomnienie nadal boli i chyba nie przestanie, ale już nie tęsknię. Nie ma za kim, nigdy nie było. I cieszę sie, ze położyłam temu kres zanim to tęsknota skończyła ze mną.

Jest tęsknota sentymentalna, za miejscem, za wydarzeniem, za pewnym okresem w życiu, który minął. Za czymś, co moze wrócić ale nie musi. Tak, jak myśl o koncercie, ktora zawsze przepełnia mnie dziwną nostalgią, ale za razem wywołuje uśmiech. Tak jak wspomnienia z liceum i przywoływanie tysiąc razy anegdotek sprzed paru lat. Tak jak gdy przeglądam zdjęcia z wakacji rok temu, kiedy patrzę na swoją uśmiechniętą twarz, na Venice Beach rozciągająca sie za moimi plecami i czuję jak cos ściska mnie za gardło. Bylo tak pięknie, tak beztrosko, tak... Inaczej. Tęsknię. Ale mimo wszystko uśmiecham sie, do zdjęć, do wspomnień. Było. Minęło. To nie znaczy, ze nie będzie lepiej, piękniej, to nie znaczy, ze tam nie wrócę.

Jednak najpiękniejsza i ta, której wam życzę, jest ta ostatnia. Radosna, pełna nadziei. To z nią uczę się rozprawiać, rozmawiać, to ją próbuję oswoić. Kiedy żegnasz kogoś, kogo kochasz nad życie, kiedy przytulasz go na pożegnanie i twoj mózg jest gdzieś pomiędzy "z miłości zmiażdżę każdą najmniejszą kosteczkę w twoim ciele", a "zapakuję cię do walizki i zabiorę ze sobą", kiedy twoje serce chce wybuchnąć z żalu ale nie może, bo miłość i szczęście kurczowo trzymają je w całości - to właśnie to. I mimo, że w podświadomości tkwi to przeklęte uczucie pustki, mimo że łzy cisną się do oczu kiedy patrzę, jak znikasz mi z oczu stojąc na schodach odjeżdżającego pociągu. Kiedy moj autobus zostawia w tyle peron 1 i wyjeżdża w stronę mojego rodzinnego miasta. Te wspomnienia nie bolą. Nie ranią. Niezmiennie przywołują na twarz uśmiech, grzeją zmarznięte w deszczu dłonie i przywracają blask zmęczonym oczom. Wiem, ze wrócę. Wiem, ze wrócisz. I bede tęsknić, jak cholera. Ale bede rownież czekac. I będę szczęśliwa, bo wiem, ze jesteś.

3 września 2014

6. Brak komentarzy:

Jestem tak bipolarna, że zasługuję na medal, pozdrawiam spod biurka, pod które wpędziły mnie własne myśli. Tak, lubię tu przesiadywać kiedy mi źle. Ale powoli stąd wychodzę, jedną nogą jestem już na środku pokoju. Całe szczęście ten wpis powstał prawie w całości parę godzin temu i będzie pierwszym tutaj w stu procentach optymistycznym tekstem. Tak, takie też piszę.

Zawsze miałam obsesję na punkcie odliczań. Odkąd pamiętam szukałam sobie jakichś, bardziej lub mniej odległych w czasie, punktów zaczepu. Mam na to dowody, bo wczoraj wzięłam się za porządki w moim wspomnieniowo-sentymentalnym pudle i znalazłam zeszyt z podstawówki (!), w którym można przeczytać jak pogrążona w listopadowej chandrze dwunastoletnia Amy żali się, że nie wie do czego ma odliczać po swoich trzynastych urodzinach.

I od niewinnego przeglądania starych bazgroł się zaczęło, a skończyło się na wniosku, że właściwie to całe życie jesteśmy uczeni odliczania i kompletnego braku szacunku dla czasu. „Pół roku i będę w gimnazjum”, powtarzałam sobie zatykając uszy żeby nie słyszeć docinków moich podstawówkowych kolegów i koleżanek. „4 tygodnie do świąt”, widzimy w jednej z pierwszych scen mojego ukochanego Love Actually. „Za sto dni matura”, usłyszałam półtora roku temu w styczniu. „68 dni i wracam do domu”, myślałam w zeszłe wakacje patrząc na małą Irlandkę, którą się opiekowałam. „100 dni do festiwalu”, „50 dni do koncertu”, „24 godziny do ponownego spotkania” – to już te najbardziej aktualne. No ale, przejdźmy do sedna sprawy.

Leżałam dzisiaj w łóżku, dochodziło południe, a ja byłam zbyt zajęta przeżywaniem rozstania Colina i K-19 (tak, znów niezastąpiony John Green) żeby w ogóle pomyśleć o tym, że wypadałoby wystawić głowę chociażby na balkon. Brutalnym powrotem do rzeczywistości był telefon od mojej rodzicielki, która w żołnierskich słowach kazała mi się ruszyć, załatwić sto różnych rzeczy i „w końcu wyjść z pokoju, bo to nie jest normalne”. Sklęłam swój telefon po naciśnięciu czerwonej słuchawki, przyznaję się bez bicia, ale kiedy w końcu zmusiłam się do stanięcia przed lustrem w końcu chyba coś zaczęło do mnie docierać.

Od powrotu z warszawy w zeszły wtorek do dzisiejszego poranka wyszłam z domu raz, na cały dzień, tylko z powodu przymusowej wycieczki do Poznania. Codziennie tłumaczyłam się tym, że „poprawka w poniedziałek”, „jeszcze trzy dni i wrócę do normalności”, po czym oblałam poprawkę i wróciłam, ale do siedzenia w domu. Moja matka, potrafiąca wyrazić swoje zmartwienie tylko w udzielaniu mi niezbyt subtelnych reprymend, prześcigała sama siebie w wyszukiwaniu mi pozadomowych zajęć, które ja zbywałam bo „byle do piątku, w piątek będę już w warszawie”. I patrząc w to lustro dzisiaj rano dotarło do mnie, że dawno nie byłam tak strasznie rozczarowana sobą.

Pamiętam te wszystkie swoje wakacyjne plany, schudnę, opalę się, przeczytam to to i tamto, a tu nagle wrzesień, liście z drzew lecą, a ja siedzę kolejne dwa kilo cięższa, blada jak ściana, z czołem, któremu chyba bliżej do pizzy niż do nieskazitelnej gładkiej cery, z pierwszą niehistologiczną książką czytaną od… połowy czerwca? Jak zwykle wszystkie plany trafił szlag. I nie, w życiu nie usłyszycie ode mnie, że źle spędziłam to lato, bo to był najpiękniejszy czas odkąd pamiętam. Po prostu świadomość, że parę tygodni przeleciało mi na „za parę dni będę tu i tu, więc teraz mogę leżeć i patrzeć w telewizor” trochę, troszeczkę mnie przygniotła. Klasyczna prokrastynacja, mój klasyczny poziom odkładania rzeczy na potem.

Wystarczy tego.

Nie, nie zamierzam skończyć z odliczankami, bo to zbyt duża i ważna część mojego życia (ups, zawiało patosem). Nie chce mi się bawić w 100 happy days, próbowałam, z moimi wahaniami nastrojów ciągnęłam najwyżej tydzień i na tym się kończyło. Wymyśliłam coś innego.


Zostało równo 200 dni do koncertu na który czekam ja i bliskie mi osoby, 200 dni do wycieczki do Berlina, która na długi czas zapisze nam się w pamięci. Bo to kolejne marzenie, które uda nam się spełnić. Daję sobie 200 dni na stanięcie przed lustrem i powiedzenie z czystym sumieniem, że jestem szczęśliwa. Że mogę na siebie spojrzeć bez aktualnego obrzydzenia, że jestem w miejscu, za którym niedawno tęskniłam, że dosypiam w nocy, że otaczają mnie tacy ludzie, jakich chcę w swoim otoczeniu, że udaje mi się osiągać to, co zaplanowałam. To będzie długa i ciężka podróż wymagająca zmienienia tysiąca rzeczy, zaczynając od mojego nastawienia do każdego nadchodzącego dnia. Ale patrząc wstecz na dwa wakacyjne miesiące i widząc, ile przez ten czas zmieniło się w moim życiu i w o ile lepszym miejscu jestem teraz niż pod koniec czerwca wierzę, że jest to do zrobienia. 

Bo nie jestem sama.