Jestem tak bipolarna,
że zasługuję na medal, pozdrawiam spod biurka, pod które wpędziły mnie własne
myśli. Tak, lubię tu przesiadywać kiedy mi źle. Ale powoli stąd wychodzę, jedną
nogą jestem już na środku pokoju. Całe szczęście ten wpis powstał prawie w całości
parę godzin temu i będzie pierwszym tutaj w stu procentach optymistycznym
tekstem. Tak, takie też piszę.
Zawsze miałam obsesję
na punkcie odliczań. Odkąd pamiętam szukałam sobie jakichś, bardziej lub mniej
odległych w czasie, punktów zaczepu. Mam na to dowody, bo wczoraj wzięłam się
za porządki w moim wspomnieniowo-sentymentalnym pudle i znalazłam zeszyt z
podstawówki (!), w którym można przeczytać jak pogrążona w listopadowej
chandrze dwunastoletnia Amy żali się, że nie wie do czego ma odliczać po swoich
trzynastych urodzinach.
I od niewinnego przeglądania
starych bazgroł się zaczęło, a skończyło się na wniosku, że właściwie to całe
życie jesteśmy uczeni odliczania i kompletnego braku szacunku dla czasu. „Pół
roku i będę w gimnazjum”, powtarzałam sobie zatykając uszy żeby nie słyszeć
docinków moich podstawówkowych kolegów i koleżanek. „4 tygodnie do świąt”,
widzimy w jednej z pierwszych scen mojego ukochanego Love Actually. „Za sto dni
matura”, usłyszałam półtora roku temu w styczniu. „68 dni i wracam do domu”,
myślałam w zeszłe wakacje patrząc na małą Irlandkę, którą się opiekowałam. „100
dni do festiwalu”, „50 dni do koncertu”, „24 godziny do ponownego spotkania” –
to już te najbardziej aktualne. No ale, przejdźmy do sedna sprawy.
Leżałam dzisiaj w
łóżku, dochodziło południe, a ja byłam zbyt zajęta przeżywaniem rozstania
Colina i K-19 (tak, znów niezastąpiony John Green) żeby w ogóle pomyśleć o tym,
że wypadałoby wystawić głowę chociażby na balkon. Brutalnym powrotem do
rzeczywistości był telefon od mojej rodzicielki, która w żołnierskich słowach
kazała mi się ruszyć, załatwić sto różnych rzeczy i „w końcu wyjść z pokoju, bo
to nie jest normalne”. Sklęłam swój telefon po naciśnięciu czerwonej słuchawki,
przyznaję się bez bicia, ale kiedy w końcu zmusiłam się do stanięcia przed
lustrem w końcu chyba coś zaczęło do mnie docierać.
Od powrotu z warszawy w
zeszły wtorek do dzisiejszego poranka wyszłam z domu raz, na cały dzień, tylko
z powodu przymusowej wycieczki do Poznania. Codziennie tłumaczyłam się tym, że „poprawka
w poniedziałek”, „jeszcze trzy dni i wrócę do normalności”, po czym oblałam
poprawkę i wróciłam, ale do siedzenia w domu. Moja matka, potrafiąca wyrazić
swoje zmartwienie tylko w udzielaniu mi niezbyt subtelnych reprymend,
prześcigała sama siebie w wyszukiwaniu mi pozadomowych zajęć, które ja zbywałam
bo „byle do piątku, w piątek będę już w warszawie”. I patrząc w to lustro
dzisiaj rano dotarło do mnie, że dawno nie byłam tak strasznie rozczarowana
sobą.
Pamiętam te wszystkie
swoje wakacyjne plany, schudnę, opalę się, przeczytam to to i tamto, a tu nagle
wrzesień, liście z drzew lecą, a ja siedzę kolejne dwa kilo cięższa, blada jak
ściana, z czołem, któremu chyba bliżej do pizzy niż do nieskazitelnej gładkiej
cery, z pierwszą niehistologiczną książką czytaną od… połowy czerwca? Jak
zwykle wszystkie plany trafił szlag. I nie, w życiu nie usłyszycie ode mnie, że
źle spędziłam to lato, bo to był najpiękniejszy czas odkąd pamiętam. Po prostu
świadomość, że parę tygodni przeleciało mi na „za parę dni będę tu i tu, więc teraz
mogę leżeć i patrzeć w telewizor” trochę, troszeczkę mnie przygniotła.
Klasyczna prokrastynacja, mój klasyczny poziom odkładania rzeczy na potem.
Wystarczy tego.
Nie, nie zamierzam
skończyć z odliczankami, bo to zbyt duża i ważna część mojego życia (ups, zawiało
patosem). Nie chce mi się bawić w 100 happy days, próbowałam, z moimi wahaniami
nastrojów ciągnęłam najwyżej tydzień i na tym się kończyło. Wymyśliłam coś
innego.
Zostało równo 200 dni
do koncertu na który czekam ja i bliskie mi osoby, 200 dni do wycieczki do
Berlina, która na długi czas zapisze nam się w pamięci. Bo to kolejne marzenie,
które uda nam się spełnić. Daję sobie 200 dni na stanięcie przed lustrem i
powiedzenie z czystym sumieniem, że jestem szczęśliwa. Że mogę na siebie
spojrzeć bez aktualnego obrzydzenia, że jestem w miejscu, za którym niedawno
tęskniłam, że dosypiam w nocy, że otaczają mnie tacy ludzie, jakich chcę w swoim
otoczeniu, że udaje mi się osiągać to, co zaplanowałam. To będzie długa i
ciężka podróż wymagająca zmienienia tysiąca rzeczy, zaczynając od mojego
nastawienia do każdego nadchodzącego dnia. Ale patrząc wstecz na dwa wakacyjne
miesiące i widząc, ile przez ten czas zmieniło się w moim życiu i w o ile
lepszym miejscu jestem teraz niż pod koniec czerwca wierzę, że jest to do
zrobienia.
Bo nie jestem sama.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz