3 sierpnia 2016

23. Brak komentarzy:

Dobra, przyznaję, miałam to napisać w niedzielę, ale life happened i wolałam wąchać kwiatki w ogrodzie botanicznym cały dzień. Gwoli wprowadzenia, jak pewnie większość z was się orientuje, jestem od trzech tygodni w Anglii na wyspie Wight i rozkosznie się wakacjuję, przy okazji codziennie spędzając parę godzin w szpitalu na oddziale pediatrycznym. A właściwie odwrotnie - robię praktyki wakacyjne, przy okazji rozkoszując się fenomenalną przyrodą i miejscami, ktore mam okazję odwiedzić. I jest super, i jest świetnie i naprawdę nie sądziłam, że ma takim poziomie mojego zaawansowania klinicznego (żadnym) taka wycieczka tyle mi da na podłożu medyczno-edukacyjnym. Ale nie o tym będzie ten wpis. Chcę wam o czymś opowiedzieć.

Lubię mieć święty spokój. Kiedy byłam młodsza nigdy nie taktowałam tego jako coś nienormalnego, czy cechę, która odróżnia mnie od moich rówieśników, bo przecież w podstawówce nie zwraca się uwagi na takie rzeczy. Ta myśl wyewoluowała we mnie w gimnazjum byłam na tyle zbuntowana, że uważałam się za najorginalniejszą i najlepszą osobę na świecie, po czym w liceum byłam tak towarzysko zajęta, że kompletnie o tym zapomniałam. I wróciło do mnie po maturze, a dopiero dziś ubieram to w słowa, jako przypomnienie dla siebie na przyszłośc i wolną myśl do przeczytania dla was. O co mi chodzi? Już tłumaczę.

Jakiś czas temu usłyszałam (a może przeczytałam?) dobitne stwierdzenie - nie pójdę tam/nie zrobię tego, bo gdzie to tak samemu, bez żadnego towarzystwa. Przecież nie pójdę sama do kina, bo jak to tak. Przecież jak pójdę sam na spacer to jeszcze ludzie pomyślą, że jakiś wariat. No gdzie, to bez sensu. Nie mam znajomych. Takie podejście nasila się w wakacje, kiedy nikogo znajomego nie ma pod ręką, co jest świetną wymówką do siedzenia w domu.

W przedszkolu zupełnie nie czułam różnicy miedzy zabawą w dom z koleżankami, a układaniem puzzli w samotności. Kiedy podrosłam i weszłam w ten głupawy okres buntu, kreowałam się na niezrozumianą udręczoną duszę i snułam się sama z aparatem i odtwarzaczem niszcząc sobie uszy gównianymi słuchawkami. Pamiętam takie lato, chyba między pierwszą a drugą klasą gimnazjum, kiedy byłam jeszcze za mała żeby jechać gdzieś ze znajomymi, ale zbyt dorosła - przynajmniej w mojej głowie - żeby jeździć z rodziną. Jednak rodzice zdecydowali, że wyslanie mnie nad polskie morze z dziadkami to świetny pomysł. Boze, jak ja cierpiałam! Żeby zamanifestować swoją dojrzałość i niezależność, dzień w dzień po południu brałam na plecy gitarę, do ręki aparat i snułam się sama jak palec po lesie i wydmach, robiąc sobie przystanki na granie i fotografowanie wszystkiego dookoła. Czy czułam się wyjątkowa? Tak. Czy to było wyjątkowe? Nie. Ale to było zdrowe.

Potem przyszło liceum i konieczność zaznaczenia tego, jaka jestem super cool z moimi znajomymi, wiec na dłuższą chwilę moja potrzeba spokoju została zepchnięta głęboko w podświadomość. Ale potem napisałam maturę i wyjechałam sama samiusieńka na 3 miesiące do pracy w Irlandii. Wprawdzie byłam au pair, więc na brak rozrywki nie mogłam narzekać, ale zostawały popołudnia, weekendy, dni wolne - a siedzenie w cudzym domu w pokoju 2x2m nie leżało w moim obszarze zainteresowań. Prawdę mówiąc nawet wspominałam tamten wyjazd w zeszłym tygodniu (głównie przez to, że skojarzył mi sie z nim zapach perfum, których teraz używam i przypomniałam sobie ze identyczne miałam ze sob w Irlandii) i doszłam do wniosku, ze to wlasnie wtedy dopuściłam do siebie mysl, że czerpanie przyjemnosci z samotności i byciu samej ze sobą nie jest wyjątkowe, ale jest całkiem miłe i korzystne.

Tamtego lata zjechałam pół Irlandii sama. Autobusami, z mapą, ze zorganizowanymi wycieczkami. Za połowę każdej wypłaty jechałam "gdzieś". Wlasciwie gdziekolwiek. Dublin, parki krajobrazowe, jakieś jezioro, jakies miasteczko. Jeśli było tam połączenie, potrzebowałam tylko wolnego dnia i rozkładu jazdy autobusów. I było świetnie. Kiedy wróciłam do domu okazało się, że 90% moich znajomych (w tym 100% bliskich znajomych) przeprowadza się na studia. Większość z nich do innych krajów. Z resztą, ja też się wyprowadziłam. I o ile w Poznaniu poznałam wspaniałych ludzi, to wracając do Wrocławia na weekendy czy na wakacje nawet nie miałam do kogo się odezwać. Czy mi ich wszystkich brakowało? Oczywiscie. Czy w ogole przyszło mi do głowy, żeby się z tego powodu ograniczać? W życiu.

Kręcę strasznie i krążę wokół tematu, a wpis w sumie wyewoluował w swobodny strumień świadomości, ale zrozumcie mnie - jestem sentymentalnym gównem. Aktualnie siedzę troszkę zmarznięta w porcie patrząc jak wraz z przypływem łódki stopniowo podnoszą się z dna i w dodatku słucham Kooksów. Przyroda mnie uspokaja, więc te trzy tygodnie spędziłam gapiąc się na morze, na krajobrazy, na klify, chodząc nadbrzeżnymi ścieżkami i pokonując pagórek po pagórku.

Ruszcie się z domu. To, że nie macie z kim wyjsć to żadna wymówka. To, że nie macie gdzie wyjść to guzik prawda. Nie macie co ze sobą zrobić? Zabierzcie się na randkę do tej nowej kawiarni, którą otworzyli w centrum. Na ten film, ktory wszedł do kin wczoraj, a na ktory czekaliście od  kilku tygodni. Weźcie książkę, słuchawki i siądźcie na trawie w parku. Wsiądźcie na rower, odkurzcie rolki. Przejdźcie się na spacer do lasu za domem, na pole, nad strumyk - gdziekolwiek. I gdziekolwiek mieszkacie, na pewno jest jakieś miejsce, na pewno lepsze niz wasze duszne cztery ściany. Nie sugeruję nawet, ze macie odłączać się od świata - weźcie ten telefon, zabierzcie powerbanka, zbierajcie pokemony, siedźcie na twitterze czy co tam lubicie robić. Ale wyjdźcie. Samemu nie znaczy źle, samemu znaczy po swojemu. W spokoju. Pooglądajcie przyrodę, pooglądajcie jak żyje miasto, pooglądajcie ludzi. Albo, jesli macie na tyle dużo odwagi, pooglądajcie siebie samych (i nie mam tu na mysli przegladania sie w lustrze). Ja oglądam siebie dopiero od paru dni.

12 czerwca 2016

22. Brak komentarzy:

Jakoś nie mogę zostawić tego bloga. Niby nic tu nie piszę, niby wpadam raz na pół roku ale jak juz wpadam to zazwyczaj chcę zrzucić cos z serca. Zazwyczaj, bo dziś akurat tak sobie siedzę i postanowiłam coś skrobnąć, bdesperacko próbuję odwlec moment kontynuowania nauki do egzaminu (jeszcze 4 dni, zdążę. prawda?). Pewnie juz zauważyliście, że oprócz upartego zaniedbywania bloga i przepraszania za to na początku kazdego wpisu, mam tez skłonność (i słabość) do wszelkiego rodzaju podsumowań. Nie martwcie się, jako że rok akademicki kończy mi się w przyszły poniedziałek, planuję was nie zawieść i co nieco sobie tu zebrać do kupy.

Wiecie co u mnie, bo apdejtuję was 24/7 na twitterze. Sesja w pełni, miłość kwitnie, kostka skręcona, Anglia w wakacje na horyzoncie. Za 8 dni zaczynam wakacje i och, co to będą za wakacje! ... Będą takie same jak zawsze, z tym wyjątkiem, że chyba uda mi się uniknąć do tej pory nieodłącznego wrześniowo-poprawkowego stresu. Uff. No ale, do rzeczy.

We wrześniu przeprowadziłam się (znów) do nowego mieszkania, trzeci raz od rozpoczęcia studiów, co dawało mi całkiem zabawny wynik jednego lokum rocznie. Z zamiarem, ze tym razem będzie inaczej, tym razem zagrzeję w nim miejsce, a poza tym po raz pierwszy w życiu będę mieszkała z kimś, kogo kocham. Nadal się dziwię, że to wyszło tak naturalnie i nie czułam przed tym strachu ani obaw. Miałam mnóstwo planów, mnóstwo list do odhaczania: regularne sprzątanie, zdrowe jedzenie, -11kg do wakacji, sobotnie śniadanka i niedzielne spacery, regularna nauka, wszystkie egzaminy w 1. terminie, koła naukowe, wolontariaty, bla bla. Zabawne, za każdym razem tak planuję, w tym wypadku to było całkiem realne bo czasu miałam mnóstwo, ale tak jak zwykle - nie wyszło. Tylko ze, tak dla odmiany, nie jestem na siebie zła z tego powodu.

Zamiast regularnego sprzątania i sobotnich śniadanek nasza kuchnia zazwyczaj lśni czystością dopiero, kiedy wspólnie (!) zużyjemy ostatni czysty talerz i nóż, a zamkast śniadania do łóżka czasem zdarza się nam zjeśc ciasto w kawiarni obok. Zamiast niedzielnych spacerów jest niedzielne leżenie do 13 i gadanie o niczym, a zdrowe jedzenie przeplata się z comfort foodem (potrzebnym dość często w obliczu egzaminów i kolokwiów). Zamiast 11kg w dół jest 6 - połowa, ale prawie bez żadnych wyrzeczeń i diet. Poza tym, tydzien temu rozwaliłam sobie kostkę i przez kolejny miesiąc raczej sobie nie pobiegam. Wolontariaty dalej robię, ale tak dla odmiany idę na jakość, nie na ilość. O regularną naukę nadal walczę, bo przez moją standardową dezorganizację oblalam dwa egzaminy i jestem tym bardzo rozczarowana, ale to tyle.

A z rzeczy dobrych, acz nieplanowanych, zaczęłyśmy chodzić do schroniska. Nareszcie udało mi się rozwinąć w sobie zamiłowanie do gotowania. Dostałam się na praktyki do szpitala w Wielkiej Brytanii i ochłonę chyba dopiero za dwa lata. Nauczyłam się naprawiać piec gazowy i pralkę, wymieniać żarówki, ale nadal nie potrafie zabijać pająków. Przeprosiłam się z sukienkami. Nadal walczę ze swoją cerą nie nosząc podkładu. Zaangażowałam się społecznie w te wszystkie marsze, na ktore wielu nie chciało się chodzic "bo po co". Zawęziła, grono internetowych "znajomych" (bo tych z reala od zawsze mam wąskie grono). Czuję się o wiele lepszym człowiekiem niż jesienią.

Miałam okazję patrzeć jak moja miłość dojrzewa - i fizycznie, stojąc obok mnie, i  metaforycznie - we mnie. Może to daleko posunięty emocjonalny ekshibicjonizm, może to zbyt patetyczne (mam to w zwyczaju), ale my we wrześniu i my teraz to dwa różne światy. A przyszło mi to do głowy tylko dlatego, że na shufflu włączył mi się Ed i przez chwilę poczułam się jak ta głupkowato i dziecięco zakochana Amy sprzed prawie 2 lat, tłukąca się w sierpniowy wieczor polskim busem z Warszawy z powrotem do Wrocławia. Czułam się wtedy tak dojrzała, że patrząc z perspektywy czasu mnie to śmieszy. Nigdy w zyciu nie czułam w sobie takiej zmiany jak przez ten czas. Ale moze to kwestia czasu. Może tak juz bedzie zawsze, co roku. Pewnie bedzie. Ale czuję się w tym świecie jeszcze całkiem nowa i nieobyta.

Cieszę się, że w końcu mam namiastkę takiego prawdziwie swojego (naszego) miejsca na świecie. Ze swoją szafą, naszym łóżkiem, lodówką, tylko naszą łazienką. Moja mama zawsze się obraża, kiedy czasami z rozpędu na to mieszkanie mówię "dom", ale mimo wszystko to jest pierwszy nasz prawie-własny kąt i trochę nie mogę się doczekać, aż wrócę tu po wakacjach. 

Ostatnie słowo na to pochmurne niedzielne popołudnie - spójrzcie w siebie, skupcie się w końcu na sobie a nie na oburzaniu się na cały swiat o każdą błahostkę. Idiotów nie brakuje i zawsze bedzie z kim i o co sie kłócić - ale po co? Wyznaczcie sobie realne cele. Przestancie prosić się o uwielbienie u bezimiennych ludzi z internetu i udowadniać sobie samemu swoją wartość w sieci - po co wam to? Polecam odpięcie kabelków na jeden weekend. A ja sama wracam do nauki, trzymajcie kciuki we czwartek.

15 lutego 2016

21. 1 komentarz:

- zjedz cos normalnego.
- nie.
- są placki ziemniaczane.
- nie, ziemniaki sa niezdrowe.
- sa naleśniki.
- jeszcze gorzej, zjem sobie sałatkę.

W ten oto sposób W. o 17 zjadła pierwszy "pełnowartościowy" posiłek tego dnia (z pominięciem jednej kromki chleba w szkole) - 5 listków roszponki, 1/3 pomidora, 6 oliwek i ćwierć papryki. I wiecie co, krew mnie zalała.

Nienawidzę waszej chorej, tumblrowej mody żerującej na słabszych i młodszych jednostkach. Waszego "nie masz dziury między nogami na pol metra - jestes grubym ścierwem". Tych durnowatych rozpisek, ze przy 1.65m wzrostu waga 40kg to cel, do ktorego należy dążyć i że skala BMI jest przekłamana i gówno mówi o człowieku. Waszych #goals #goals #goals. Nienawidzę, że zamiast racjonalnie tłumaczyć, podajecie w internecie na tacy stek bzdur - ze dziennie zapotrzebowanie organizmu to 1200 kcal, że kazdy tłuszcz jest zły, ze zdrowe są tylko warzywa. Prawie każda przeciętna piętnastolatka ma dostęp do internetu, a zgodnie z najnowszymi statystykami, co druga w tym wieku próbowała już się odchudzać. Co druga z tej połowy bedzie miała styczność z zaburzeniami odżywiania.

Chora kultura masowa i gloryfikacja dziecięcego ciała sprawia, że dziewczynki wkraczające w okres dorastania są przerażone zwiększeniem ilości tkanki tłuszczowej ma biodrach i brzuchu, rosnącymi piersiami, tym, że tracą swoją "chłopięcą" strukturę ciała, do ktorej przywykły przez kilkanaście lat. Z internetu krzyczą durnowate thinsipracje, wszystkie pro-ana motylki opowiadają o tym jak zajebiscie jest nie jeść. W sieciówce tryumfy święcą spódniczki w rozmiarze  L, w ktory przeciętna kobieta w wieku 22 lat wcisnęłaby najwyzej jedno udo. Ale my wiemy i chodzimy do innych sklepów. A dzieciaki z gimnazjum biorą to za regularny "duży", a przeciez to obciach. Nagle odkrywają, że te 3cm w których uda jeszcze sie stykają to cos, co spedza im sen z powiek, obrzydlistwo ktore należy tuszować za wszelką cenę i ktorego trzeba pozbyć się przy najbliższej okazji. Z L do M, z M do S, a w ogole to widziałam ostatnio na wystawie cos w rozmiarze 32, swietnie byłoby w to wejść! Za. Wszelką. Cenę. Moj rozmiar = moje szczęście. Moja wartość. Ten "tłuszcz" z ud na pewno zejdzie, jesli przez miesiąc bede jadła samą sałatę. A jak juz zejdzie, znajdę inny cel. Na przykład ten grubszy kawałek mojego ramienia. Kolejny miesiąc na sałacie.

Nie zrozumcie mnie źle. Praca nad sobą jest świetna, popieram plany zdrowego odżywiania i metamorfoz. Z dużej nadwagi do wagi prawidłowej. Ze zbyt wysokiego % tkanki tłuszczowej, do prawidłowej masy mięśniowej. Super! Ale nienawidzę was za to, że z trzema kilogramami niedowagi moja młodsza siostra uważa, że przydałyby się jej kolejne trzy. Że całą swoją wiedzę oparła na internetowych legendach, dietach Kopenhaskich i innych baletnicach i nadal wydaje jej się, że to oczywiste i normalne. Nie doceniacie podatności nastolatków, tego jakie są zapatrzone w siebie, najmądrzejsze na świecie i jak cieżko wybić im z głowy cos, co raz sobie wpoją. Zapamiętajcie sobie raz i na zawsze, że prowadząc fenomenalne blogi z poradami z anusa wziętymi jestescie odpowiedzialni za X osób, które przez zle informacje mogą zniszczyć sobie życie. Ja zabiorę młodą na terapię, żeby znów mogła patrzeć w lustro bez płaczu, ale ile dzieciaków zostaje bez tej pomocy? Pod rozwagę. Bez pozdrowień.