12 listopada 2015

20. Brak komentarzy:

edit: Pisałam poniższe słowa w pociągu, wracając z domu do Poznania. A
is jest wyjątkowo radosny. Kiedy skończyłam i sięgnęłam po telefon, okazało się, że czekają na mnie tragiczne wieści. Chłopak z mojego byłego liceum zginął spadając z 15 metrów po tym jak zarwał się pod nim balkon. Nadal nie mogę się pozbierać, bo w wieku 21 lat powinnam byc zapraszana na śluby swoich znajomych, a nie na pogrzeby. Byc moze nie powinnam o tym tu wspominać, ale... Uważajcie na siebie, proszę.

Pojawiam się na tym blogu raz na ruski rok a potem znikam bez śladu tylko zeby po kolejnych trzech miesiącach zaskoczyć was jakimś wyrwanym z kontekstu wpisem. Tak jak dziś. Cześć, to ja, wróciłam, od naszego ostatniego "spotkania" trochę się u mnie zmieniło i o tym chcę wam podpowiadać, tak dla odmiany nie będzie tu żadnych warknięć i burknięć tylko dużo prywaty.

9 września zdałam poprawkę z biochemii i tym sposobem nareszcie awansowałam na drugi rok studiów, po dwóch latach spędzonych na pierwszym. Przeprowadziłam się, a raczej wprowadziłam - razem z Olą wynajmujemy cudne dwupokojowe mieszkanie przy głównej ulicy. Konsekwentnie robimy je co raz bardziej "nasze"; upiększamy je dodając kolejne plakaty (nowe w kolekcji: kinowy z "Amy" i Pidżamy Porno z ich reaktywacyjnej trasy), stawiając świeże kwiaty i zapraszając do siebie znajomych. Jest nadspodziewanie dobrze.

W związku z tym, że mam dość duzo czasu wolnego (dwa dni zajęć w tygodniu az do świąt), rozpieszczam się. Chcę odczarować te studia i moje podejście do nich, chce zeby to z powrotem była moja pasja i przyjemność, a nie odruch wymiotny ze stresu na mysl o każdym kolejnym dniu i kolokwium. Cieżko darzyć pasją i miłością fizjologię i mikrobiologię, ale okazało się, że przy odrobinie chęci można znaleźć tysiąc innych rzeczy do roboty. Tak więc z uporem maniaka biegam na spotkania czterech kół naukowych (ginekologia i położnictwo, pediatria, psychiatria, medycyna prospektywna), mimo ze wszyscy marszczą nosy na wieść, ze jestem dopiero na drugim roku bo "niewiele bede z tego wszystkiego rozumieć, a na oddział mnie jeszcze nie puszczą" - nie ma problemu, pójdę za rok. Albo za dwa. Ale dajcie mi tu siedzieć i słuchać i czuć, ze to jest wlasnie to, co mnie interesuje. I że warto.

Przypomniałam sobie o istnieniu międzynarodowej organizacji studentów medycyny, takze ćwiczę refleks wpisując się na akcje maści wszelakiej, od leczenia misiów w przedszkolu przez pozyskiwanie potencjalnych dawców szpiku, pogadanki o profilaktyce raka piersi, po pomoc w klubach seniora czy noclegowniach dla bezdomnych. Od przyszłego tygodnia swój obszar zainteresowań poszerzam o prowadzenie w gimnazjach i szkołach ponadgimnazjalnych lekcji z zakresu edukacji seksualnej, zdrowia psychicznego i gender. Porwałam sie tez z motyką na słońce i złożyłam papiery na wakacyjną wymianę naukową. Wyniki juz 30 listopada, trzymajcie kciuki. 

Wiem, jak bedzie wygladal mój trzeci rok studiów, kliniki, kontakt z pacjentami, pediatria, chirurgia, farmakologia i ciężko mi na sercu na samą myśl. Poradzę sobie, tym razem muszę, ale przedtem wycisnę z tego roku ile tylko będę w stanie. Jutro jedziemy z Olą do Berlina, na mikołajki lecę do Londynu zobaczyć się z ludźmi których uwielbiam, a których nie widziałam od matury. Planuję intensywnie dwoje dwudzieste drugie urodziny (to juz tyle?!) i planuję nareszcie ściąć włosy. Pracuję nad sobą, na razie jest mnie 2.5kg mniej, docelowo będzie 11kg. Chodzę na siłownię, odkrywam w w sobie głęboko ukryte pokłady talentu kulinarnego (to akurat idzie mi najoporniej), walczę z samooceną. Najciężej póki co patrzy mi się w lustro, ale to kwestia czasu. Zaczynam być zadowolona z tego co we środku, mam nadzieje, ze to co na zewnątrz też powoli zrówna ze mną krok.

Szkoda, że niektórzy nadal widzą we mnie tylko tę zagubioną ciemność sprzed parunastu miesięcy. Albo internetową mendę bez życia i ambicji.

Ale zdradzę wam sekret, wcale nie jest tak różowo jak napisałam wyżej. A raczej: jest, ale na pewno nie cały czas. Nadal często się potykam, płaczę i chcę poddawać, ale już za późno na poddawanie się, już wygramoliłam się z tamtego dołka. Czasem lepiej jest poupiększać rzeczywistość wokół siebie. A ja już jestem szczesliwa. I będę jeszcze bardziej.

18 sierpnia 2015

19. Brak komentarzy:

Zirytowałam się, tym razem naprawdę. Irytuję się za każdym razem, kiedy ktoś zarzuca mi niedojrzałość, sugerując się tym, jaką postawę przyjmuję w internecie. Rozumiem, że tu wszystko rządzi się innymi prawami, a że miarka się przebrała, podejmuje ostateczną próbę ustosunkowania się do zarzutów. 

Z tego co rozumiem, dojrzali są ludzie cierpiący za życie, piętnastolatki piszące głębokie wiersze i wzdychające, że nikt już ich nie pokocha, umęczeni samozwańczy artyści i przedstawiciele mniejszości seksualnych każdego typu. Plus sto do bycia dojrzałym, jeśli wyprowadziłeś sięz domu i mieszkasz ZAGRANICO. Jesteś dojrzały na swój wiek, jeśli opisujesz publicznie swoje kiełkujące życie seksualne i wrzucasz do sieci swoje półnagie zdjęcia (swoją drogą - słyszał ktoś kiedyś termin pornofgrafia dziecięca? fajowo się komponuje z całą tą sytuacją), desperacko szukając atencji. O nie, przepraszam, to nie pragnienie atencji ani kontrowersji, to "bycie sobą".

Mozesz śmiac się z ludzi, których nie znasz, bo są różowymi kucykami i zwracają się do siebie per "aniołku". Ale pamiętaj, jeśli masz czelność zwrócić komuś uwagę w dość bezprecedensowy i prześmiewczy (a tym samym właściwy mi) sposób, nagle stajesz się potworem i dzieciakiem i wszyscy życzą ci, żeby karma dopadła cię jak najszybciej. a jeśli w dodatku masz czelność być biały, cis i biseksualny to w ogóle rip i kop już sobie człowieku grób. Chciałabym, żebyście mieli odwagę i tupet by usiąść ze mna przy kawie i powiedzieć mi to w twarz. Bo ja bardzo chętnie spotkałabym sie z niektórymi z was i - tak dla odmiany - na spokojnie wytłumaczyła o czym mówie i jaki jest problem. Wbrew pozorom nie jestem wredną szmatą bez serca, ludzie, którzy mnie znają potwierdzą ze nie zabiłabym nawet biedronki (umyślnie nie piszę "muchy", bo nienawidze tych kurwi). Jestem za to uczulona na publiczne przejawy głupoty.

Przepraszam, że zniszczę wam światopogląd, ale mijacie się z definicją dojrzałości minimalnie o parę kilometrów. Osiemnastka na karku i samodzielne życie to nie to. Bagaż doświadczeń to też nie to. To, że potrafisz patrzeć,nawet to, że potrafisz WIDZIEĆ to nie dojrzałość. Być dojrzałym to znaczy rozumieć. Rozumieć to, kim było się kiedyś, rozumieć konsekwencje swoich czynów, rozumieć otaczający cię świat i to jakimi prawami się rządzi.

Więc zanim kolejny raz stwierdzisz, że ktos jest niedojrzały bo "ciśnie beke w necie", chcę ci przypomnieć twoją ulubioną frazę, ze każdy jest inny. Że to, że wytykam ludziom idiotyzm nie znaczy, że nie mam własnych problemów. Ale ok, może macie racje, niech karma dopadnie mnie za to że mam pól mózgu, jestem bezczelnym gnojkiem i piszę co myślę. Przecież nic nie znaczą moje studia, mój iloraz inteligencji, a sytuacja rodzinna to w ogóle jakiś wymysł, bo wszystko o mnie wiecie z internetu, prawda? 

Wracajcie dalej pudrować gówno, być politycznie poprawni na siłę, żyć dalej w swoim hermetycznym świecie i oburzać sie na zupełnie nieistotne rzeczy, trwajcie dalej pod tym kloszem. Na odchodne przyjmijcie dobrą radę na przyszłość. Nauczcie się oddzielać grubą, bardzo grubą linią życie w internecie od realnego, nawet jeśli niebardzo wam się klei to drugie. Bo za 5-7 lat, kiedy będziecie szukać pracy, albo znajdziecie prawdziwą miłość, albo w końcu uda wam się zacząć żyć NAPRAWDĘ, ktoś moze wyciągnąć to stare zdjęcie, na którym widać wam prawie wszystko, łącznie ze świeżymi bliznami. Ukochany? Pracodawca? Przyjaciele? Tak tylko głośno myślę. 

A teraz pozwólcie, że wrócę do nauki do egzaminu, pakowania się na wycieczkę do Włoch i planowania przeprowadzki do wspólnego mieszkania z moją dziewczyną. Po drodze kupię bilety do mojego ulubionego studyjnego kina i zarezerwuję stolik w moim ulubionym lokalu. Ech, to moje żałosne, niedojrzałe zycie. Pa. 

20 czerwca 2015

18. 3 komentarze:

dawno mnie tu nie było, to bardzo w moim stylu - założyć kolejnego bloga o którym zapomnę po paru miesiącach. ale nie, nie zapomniałam, miałam dość pracowite parę miesięcy przez które udało mi się (nareszcie) skończyć pierwszy rok swojej edukacji wyższej. anatomia zdana ma dumne 4.0, angielski rozrgomiony w drobny mak, żadnych poprawek z sesji letniej, tylko ta cholerna wrześniowa biochemia wisi nade mną od marca. ale to za chwilę, to jeszcze troche czasu, od wczoraj mam wakacje i na tym zamierzam się teraz skupić.

zastanawiałam się o czym napisać, tyle tematów przeszło mi przez myśl ale zwyczajnie nie miałam głowy do przelewania swoich wolnych myśli na "papier". mam w zanadrzu parę pomysłów, więc będę miała o czym (i mam nadzieję, że rownież dla kogo) pisać przez te wakacje. dzisiaj będzie optymistycznie, jako że mimo delikatnego kaca siedzę w pociągu w stronę milości i promienieję dobrym humorem. aha, potencjalny trigger warning, bo piszę to przede wszystkim dla siebie i lubię być ze sobą szczera, sori.

nie wiem, ile z was znało mmie rok temu. nie "kojarzyło" - znalo. pewnie niewiele, czasem zastanawiam się czy ja sama się znałam, bo kiedy teraz próbuję cofnąć sie myślami o 12 miesięcy czuję się jakby to wszystko przytrafiało się zupełnie innej osobie. nie chce mi się liczyć ile razy byłam przekonana, że nie ma juz dla mnie szansy. oblany rok, porażka za porażką, problemy w - dyplomatycznie mówiąc - życiu osobistym, poprawka ciągnąca sieę za mną przez całe wakacje, przyprawiająca mnie o nieustające uczucie pętli zaciskającej się na szyi... rany, ile razy chciałam rzucić to wszystko w pizdu i przejść się na most Rocha pooglądać Wartę z bardzo bliska... 

wiecie, że wystarczy jedna osoba żeby z powrotem zechciało się wam chcieć? jedno światełko na końcu superdługiego tunelu, żebyście odnaleźli w sobie siłę żeby mimo wszystko uparcie dążyć do celu? spoko, dla mnie nadal brzmi to abstrakcyjnie ale przekonałam się na własnej skórze, że to prawda. przez ten rok akademicki nauczyłam się, albo odkryłam na nowo, parę życiowych prawd:
1. toksyczne osoby trzeba wycinać z życia natychmiast, bez żalu i mrugnięcia okiem
2. im głośniejsza muzyka, tym cichsze uczucia
3. nigdy nie rzucę palenia
4. podświadomość jest bardzo, bardzo przerazajacą rzeczą.

no wlaśnie, numer cztery. kiedy leczysz swoją dusze z całego zła tak jak ja próbuję cały czas, natrafiasz po drodze na najdziwniejsze rzeczy. na przykład na wspomnienia, które zepchnęłaś w tył czaszki tak głęboko ze nie jesteś pewna, czy to historia z książki, czy rzeczywiście przytrafiła się tobie 5 lat temu. nie będę w to wnikać. nie chcę, nie potrzebuję, czasami żałuję, że niektórych rzeczy nie da się wymazać z życia ale z drugiej strony jesteśmy suma wszystkich naszych doświadczeń, prawda? nawet tych złych. przerażającą rzeczą jest jednak odkrycie, że jeden człowiek potrafił zniszczyć mnie psychicznie 5 lat temu tak silnie, że do dzisiaj za to płacę. teraz myślę, że dobrze żeto odkryłam i zrozumiałam. że bez tej świadomości nigdy nie potrafiłabym dojść do porozumienia z sama sobą. cały czas się uczę wygrać z tym co mam tak wryte w łeb. i powoli, powoli, ale idzie mi co raz lepiej.

a jeśli chodzi o porozumienie z samą sobą, to jestem na wyśmienitej drodze. zamknęłam sesję letnią, moje myśli krążą już wokół nowego mieszkania, które w końcu będzie najbardziej moje, najbardziej NASZE jakie mogłoby być. ze świeżymi kwiatami i sobotnimi śniadaniami i aż duszne od milości. poza tym, czuję się lubiana, w końcu. i czuję się trochę pewniejsza siebie bez płotu na zębach. a kiedy dzisiaj rano moj współlokator chciał cwiczyć na mnie wkłucia wenflonem i szukając dogodnej żyły przyglądał sie moim bliznom, nawet nie drgnęłam. człowiek jest sumą swoich doświadczeń, a mi za niecały miesiąc stuknie rok bez robienia głupot. pierwszy raz od 2 lat odważyłam się przymierzyć strój kąpielowy i, o dziwo, toleruję się w nim. do milości jeszcze trochę, ale przynajmniej nie płaczę na samą myśl o wyjściu w nim na plażę. przywiozłam do Poznania swój stetoskop, bo zaczynam praktyki na oddziale za tydzien. szukanie fartucha i reszty "lekarskiego" mundurka sprawia mi taką radość, że ludzie którzy mnie znają kręcą głowami z dezaprobatą. proszę, zrozumcie. w zeszłym roku byłam pokonana. jaka przyszłość, jaka praca, przecież to jest nie do przejścia. w zeszłym roku widziałam się 6 stóp pod ziemią. w tym roku jestem 30 centymetrów ponad chodnikami.

24 kwietnia 2015

17. Brak komentarzy:

Jest jedna niepodważalna zasada: jeśli sprawisz, że czuję się źle - mam to w dupie. Ale jeśli sprawisz, że ktoś mi bliski czuje się źle... Mam nadzieję, że potrafisz szybko biegać. Chciałam już trzymać język za zębami, bo kłótnie "dla sportu" nudzą mi się po dwóch minutach, ale w momencie kiedy stwierdziłam ze już dość dotarło do mnie, że mam jeszcze całkiem dużo do powiedzenia. I tak, na fali wczorajszej gorącej dyskusji o tym czy "można wybrać czy ma się depresję", powstał ten wpis.


Pewnie połowa z was, która będzie to czytać nie wie o co chodzi, wićc gwoli wprowadzenia - wczoraj wieczorem dziewczyna jednego z muzyków (ktorego uwielbiam), osoba do ktorej mam wiele zastrzeżeń ale która uparcie wciera wszystkim w oczy zdrowy tryb zycia ("vegean raw bio homo sranie w banie) rzuciła czymś w stylu "obudź się rano i wybierz bycie szczęśliwym, tak, depresja to twoj wybór, daj jej kopa, wybierz radość". No i się we mnie zagotowało.

Nigdy mnie nie zdiagnozowali i pewnie nie zdiagnozują w najbliższym czasie, bo nie stać mnie na wycieczki po psychologach i terapie. Może kiedyś, a może po prostu uwielbiam sie nad sobą użalać i jestem leniwa i szukam usprawiedliwienia na swoją cipowatość. Jakkolwiek ze mną nie jest, to głupie i nie poparte niczym stwierdzenie ubodło nie tylko mnie, ale ludzi z mojego najbliższego otoczenia. Ludzi, którzy też mają taki bądź inny pokrewny problem.

Nie chce mi sie definiować depresji, wygooglowanie tego zajmie wam jakies 5 sekund. Fakty są takie (możecie mi zaufać, studiuje medycyne. hehe.) że jest to choroba. Poważna choroba, ktorą się leczy i na którą można umrzeć. I oczywiście, do pewnego stopnia jest "w głowie", ale z drugiej strony mamy zaburzenia w neurotransmisji i biochemii organizmu. Jasne, fajnie byłoby się codziennie budzić o świcie i myśleć "jest zajebiście, mogę wszystko, slońce świeci, mam dwie ręce i nogi, życie jest piękne, wybieram szczęście". Gdyby to było takie proste, połowa psychologów straciłaby pracę, a my na ulicach spotykalibyśmy samych szczęśliwych ludzi.

Tak nie jest i nawet mówienie że te słowa miały w intencji pokazać ludziom ze zawsze jest nadzieja i ze wszystko bedzie w porządku niewiele pomaga po fakcie. Jak czuje się człowiek będący w kiepskim stanie psychicznym słysząc takie słowa? Ano powiem wam, że średnio. To tak jakby ktoś powiedział mi w twarz, że po prostu nie chcę być szczęśliwa. Że gdybym każdego dnia postanawiała, że będę szczęśliwa, wszystko byłoby inaczej, a ja wybieram bycie smutną i płacz i leżenie w łożku całe dnie. Że czucie się jak śmieć i jawna autonienawiść to mój własny. kurwa. wybór. I mimo że dobrze wiem że tak nie jest i mimo gniewu i wściekłości i zdegustowania ludzką ignorancją, było mi zwyczajnie przykro. Bo wiem że choroba i ja to dwie różne rzeczy i gdyby była to kwestia wyboru, uwierzcie, byłabym najzdrowszym i najszczęśliwszym człowiekiem na świecie. Zapamiętajcie wszyscy raz na zawsze, depresję da się wyleczyć, samemu bądz z pomocą, lekami bądz bez, ale to nie. jest. kwestia. wyboru. Amen.

Nie będzie morałów, daję wam to pod rozwagę. I rzucam dobrą radą, zanim powiecie jakąś prawdę oświeconą, nawet w najlepszej intencji, spróbujcie postawić się na miejscu osoby w ktorą wasze słowa godzą najbardziej. I jeszcze jedno - czasami lepiej przeprosić, a nie zasłaniać sie gęstymi wyjaśnieniami. Bo niesmak pozostaje na długo. Bez odbioru, pa.

5 marca 2015

16. 1 komentarz:

Siedzenie nad biochemią pochłania mnie od dobrej chwili, więc nie wytrzymując presji i stresu uciekam myślami zupełnie gdzie indziej. Nie powinnam, bo zdanie tego egzaminu to kwestia życia i śmierci, ale uciekam. Bo jestem tchórzem, bo sie boje, bo nie wiem, tłumaczcie to sobie jak chcecie. Ja nie mam siły.

Starzeję się. Doszłam do tego wniosku parę dni temu z zaciekawieniem zauważając, jak bardzo zmieniły mi sie priorytety. Śmieszne, dziewczyna z twarzą szesnastolatki pisze, jak nieświadomie i po kryjomu zmieniła jej się wizja przyszłości, a za razem definicja szczescia. I przyznaję, na początku byłam przerażona i czułam się jak śmieć bez żadnych poważnych ambicji, ale chyba po prostu musiałam się z tym oswoić. Z faktem, ze skończyłam liceum jakiś czas temu (wow, czyżby w końcu zaczęło to do mnie docierać?), i że za pare lat przestanę farbować włosy tylko dlatego żeby "nie wyglądać jak szczur". 

Pamiętam jak śmiałam się w głos kiedy ciocia chciała pożyczać mi swoje obcasy, bo przecież do końca życia miałam zamiar chodzić tylko i wyłącznie w glanach. Pamiętam jak chciałam zmienić świat, jak chciałam znaczyć coś więcej, jak bałam się, że życie upłynie mi na "durnowatym siedzeniu za biurkiem i grzaniu kanapy w domu", o jak mnie to kiedys śmieszyło! Siedziałam z Łukaszem nad rzeką, byłam w trzeciej gimnazjum i obiecywaliśmy sobie, że my będziemy inni, że bedziemy wolni, że będziemy lepsi niz "ci wszyscy smutni szarzy ludzie" (a potem czasy sie zmieniły i, o ironio, bardzo szybko stał sie tym, kim kiedys gardził najbardziej na świecie. bede mnie.).

I oto jestem, pięć lat później, na pierwszym/drugim roku studiów, leżę w łóżku, a ta żółta biochemiczna cegła spoczywająca na moich żebrach znacząco utrudnia oddychanie. Jakby tego było mało, dusi mnie tęsknota i bezsilność. I w dodatku od doby mazgaję się jak dzieciak. Brzmi żałośnie, co? Trudno, to przejściowe. Póki co jestem na dobrej drodze do szczęścia. Takiego permanentnego.

Bo nim się spostrzegłam, szczęscie przestało być niezależnością, wolnością, artyzmem w każdym możliwym wydaniu. Pogodziłam się z faktem, że nigdy nie nauczę sie pięknie rysować, że nigdy nie stanę z gitarą na scenie przed tysiącem ludzi, bo może i mam świetny słuch, ale talentu i głosu za grosz, a ponad to chyba spaliłabym sie ze wstydu. Nie będę dziewczyną gwiazdy rocka, bo kiedy w końcu przeprowadzę sie do Kalifornii nie będę już chciała patrzeć na nikogo innego poza na osobą, ktora zabiorę tam ze sobą.

Moje szczęście to nie będzie zmienianie świata, to nie będą wielkie czyny i moje imię na ustach wszystkich. Nie sądzę też żebym zdobyła się na szlachetny krok pomagania biednym dzieciom w Afryce. Czy to źle? Każdy ma być bohaterem dla siebie samego. Moje szczęście to leniwe niedzielne poranki w ciepłej pościeli, moje szczęście to słońce za oknem w lecie i biały parapet zimą, moje szczęście to zapach naleśników na śniadanie i ramiona tej jedynej, najbliższej osoby dookoła mojej talii codziennie przed zaśnięciem i po obudzeniu. Moje szczęście to praca, która sprawi, że będę czuła się doceniona, to radość z powrotów, to możliwość odkrywania nowych, pięknych miejsc gdziekolwiek na tym świecie. To spokój, przede wszystkim spokój. 

I być moze to egoistyczne, być moze jestem wygodna, rozpieszczona i powinnam zachowywać się szlachetnej - w końcu mój przyszły zawód powinien do tego zobowiązywać - ale wiecie co? Mam to gdzieś. Nie chcę byc niczyim autorytetem, chcę byc szczęśliwa sama dla siebie i dla najbliższych.

Nie zrozumcie mnie źle, daleko mi do oceniania czyichś marzeń i ambicji. Każdego uszczęśliwia inna rzecz, inna przyszłość, bo nie ma jednej właściwej drogi. Ale chciałabym żeby każdy z was, komu chciało sie dobrnąć do końca, tak samo jak ja przyjął do wiadomości, że życie to nie film, to nie książka i że nie można się nad tym załamywać, bo zwyczajne życie też może być piękne. A jeśli wam się uda - będę mogła z dumą powiedzieć, że znałam kogoś, kto zmienił świat.

A teraz, żeby skończyć brzmieć jak natchniona poetka, powiem wam, że idę po wiadro lodów, wkuję tę biochemię, zdam egzamin, upiję się do nieprzytomności jak na przykładną studenkę przystało i za dwa tygodnie o tej porze ustąpię drogi swojej wewnętrznej szesnastolatce, która spod barierek bedzie wyśpiewywać kazde słowo każdej piosenki unisono ze swoim ukochanym zespołem. Pa.

28 lutego 2015

15. Brak komentarzy:

Chcę krzyczeć. Moj Boże, tak bardzo chcę krzyczeć. Więc krzyczę, krzyczę aż znika świat dookoła, aż gardło odmówi posłuszeństwa, aż w głowie zagości upragniona pustka. Krzyczę głośno, krzyczę tak jak nigdy nie krzyczalam, a jednak nikt nie słyszy. Krzyczę do wewnątrz, przełykając łzy i modląc się, zeby nikt nie zauważył. 

Nie potrafię walczyć z bezsilnością, nigdy nie potrafiłam, znowu zapomniałam swojego zeszytu i jesli nigdzie nie ukierunkuję tego co się we mnie dzieje, może skończyc się źle. Nie potrafię określić kiedy to się zaczęło, panie doktorze. Być może dwa tygodnie temu, być może parę dni, być może po oblaniu egzaminu, a może dopiero teraz, przed minutą. Coś ciemnego krąży nad moją głową, a ja wiem, że nie wytrzymam teraz żadnego ataku. Jestem bezbronna i zamiast miecza mam tylko słowa. Słowa wypowiadane łamiącym sie głosem, bo ostatnio potrafię tylko plakac i płakać i płakać. Atak nie nadchodzi, zło powoli sączy mi się do ucha, wypełniając czaszkę i zniekształcając wzrok.

Jaka jest recepta na spokój? Na cierpliwość, kiedy od urodzenia byłaś najbardziej impulsywnym dzieckiem na podwórku? Kiedy krzyk i pośpiech i płacz nie pomogą, kiedy pomoże tylko czas? Jak cofnąć czas? Jak wcisnąć z powrotem w swoje usta słowa, ktore nigdy nie powinny sie tam pojawić? Jak utkać latający dywan, kiedy pociągi i portfel i wszystko dookoła zawodzi i wiesz ze jestes zdana tylko na siebie i gonitwę mysli tak nagłą, że czujesz, jak czaszka odkształca ci się od środka?

Nie wiem. Potrzebuję tego wszystkiego na raz, ale się nie dowiem. I bede plakac, krzyczeć, jeszcze przez długą chwilę, bo emocje zawsze wezmą górę nad rozsądkiem. Rozsądek jednak cicho szepcze, ze los w końcu się odmieni. Że przeciez karma wraca, a my jesteśmy już tak blisko. Że cierpliwość popłaca. I miłość popłaca. I optymizm też. A ja niczego nie jestem pewna, tylko miłości. I przez sekundę jest lepiej, przez sekundę, zanim znów fala przykryje mnie razem z głową i na chwilę stracę oddech. Ale przecież umiem pływać od małego, przecież w podstawówce byłam najlepsza na swoim torze. Nie puszczę twojej ręki. Płynę, rozpaczliwie macham nogami i zaciskam zęby. Do brzegu juz niedaleko. 

Kocham, żyję. Kocham, przeżyję. 

12 stycznia 2015

14. Brak komentarzy:

Jakoś tydzien temu wypadały moje dwudzieste pierwsze urodziny. Spędziłam je najpiękniej jak jak tylko mogłam sobie wymarzyć, z osobą, z ktorą chciałam i w sposób jakiego wcześniej nie doświadczyłam. O ile nigdy nie pamiętałam konkretnych wydarzeń 5. stycznia, jestem pewna, że ten zapadnie mi w pamięć na długo, o ile nie na zawsze. Ale do rzeczy. Urodziny, kolejny skończony rok, po raz wtóry (zaraz po sylwestrze) czas na podsumowania. Tym razem trochę inne, bo dotyczące mojego - dość długiego, jakby nie patrzeć - życia. I może forma jest oklepana, trudno, będę się nią wspierać, bo taki miałam plan juz od jakiegoś czasu. Trigger warning, bo potrzebuję być absolutnie szczera sama ze sobą.

List do szesnastoletniej mnie.

Rycz dalej, słyszysz? Płacz ile tylko potrzebujesz. Wyrycz się, nie duś tego w sobie, bo emocje rozniosą cię od środka. Myślisz, że jest cieżko? Mama nie puściła cię na koncert? Znow śmiali sie z ciebie w klasie? Rycz, póki nie zabraknie ci łez. Krzycz w poduszkę. Uwierz, bedzie gorzej. Masz dopiero 16 lat, zaufaj mi, bedzie tysiąckrotnie gorzej. Ktoś złamie ci serce, boleśnie, ktoś odejdzie bez pożegnania, potkniesz sie o własne nogi, nabijesz sobie guza większego od całej twojej głowy na tej wyboistej scieżce, ktorą masz przed sobą. Płacz, dorastasz, to jest twoje święte prawo, a świętym prawem świata jest dawać ci po dupie, żebys miała nauczki na przyszłość i nie zapominała tych lekcji.

Jesli potrzebujesz zamknąć sie w pokoju, zostań tam. Włącz simple plan i słuchaj jak krzyczą "witaj w moim życiu". Kiedy spróbujesz to zrobic za 5 lat, nie będzie już tak samo. Ale nie odcinaj się od ludzi, pamiętaj, ludzie są ci potrzebni. Zwariujesz sama ze sobą. Kiedy nie masz gdzie się schować przed swoim umysłem, uciekaj do nich. Daj im się zagłuszyć. Śmiej się na siłę, obiecuję, że kiedyś w końcu zaśmiejesz się szczerze. Nie traktuj każdego jak potencjalnego wroga. Dopuszczaj do siebie tylko nielicznych, tylko ludzi którzy na to zasługują. Takie przyjaźnie owocują dopiero w przyszłości. A ludzie, którzy życzą ci źle? Znikną. Być moze teraz musisz oglądać ich dzien w dzien w ławce przed tobą, ale zniesiesz to.

Kłóć się z rodzicami, oczywiście ze cię nie rozumieją, każda szesnastolatka tak sądzi. Poczekaj, za parę lat to właśnie w nich odnajdziesz spokój, to oni bezwarunkowo wybaczą ci wszystko i będą martwili się o twoje życie. Nawet jeśli bedziesz czuła, ze zawiodłaś ich oczekiwania najbardziej jak to tylko możliwe.

Nie rób sobie krzywdy, nie ma sensu, być moze teraz twój problem przesłania ci świat, ale to twoja skóra, jedyna jaką masz, czy nie prościej jest wyżyć sie na kartce? Pisz, pisz dużo, jak najwięcej. Przestań rozkręcać temperówki, przestań dokupywać zapasowe ostrza do skalpela, jesteś silniejsza niz to. Nie niszcz się na własną prośbę. 

Nie udawaj nikogo, nie kłam, nie oszukuj innych a tym bardziej samej siebie. Jeśli kochasz - dawaj z siebie wszystko. Wszystko i jeszcze więcej. Jesli ktoś zdecyduje się odejść - nie bedziesz miała do siebie żadnego żalu. Ale nigdy nie przestawaj walczyć, pokazuj, że ci zależy. Ludzie sie zmieniają, ludzie znikają bez słowa, nie bądź takim człowiekiem. Unikaj toksycznych znajomości, nie tkwij jeśli czujesz że niszczą cię od środka, ale jeśli jesteś pewna swoich uczuć, skacz w ogień. Najwyżej się sparzysz, czy to jakaś nowość? Poboli, przestanie, a ty nie będziesz żałować. Traktuj każdego człowieka jako lekcję. Lekcję dla twojej osobowości, lekcję o ludziach. Za 5 lat bedziesz czuła sie pewniej.

Nie płacz nad swoim wyglądem. Kiedyś przestaną wyzywać cię z powodu krzywych zębów i będziesz mogła uśmiechać się do zdjęć. Kiedyś przyjdzie ten moment w twoim życiu, że będziesz mogła zebrać się w sobie i w końcu zrzucić te wszystkie kilogramy, których przybyło ci ze smutku, stresu czy jakiegokolwiek innego powodu. Walcz o siebie. Nie popadaj w samozachwyt ale zaakceptuj swoje odbicie. Zmieniaj się dla siebie, nie dla innych. Znajdzie się osoba, która pokocha cię taką, jaka jesteś.

Nie wstydź sie. Nie wstydź się tego co myślisz, nie wstydź się tego czego słuchasz, to twoje życie i twoja sprawa, rób rzeczy, które sprawiają, że jesteś szczęśliwa. Dojrzali znajomi to zrozumieją i zaakceptują. Być moze dopiero na studiach, ale hej, całe zycie przed tobą. Jeśli za 5 lat nadal będziesz uważać, że stanie pod barierką i krzyczenie tekstów twoich ukochanych piosenek aż do bólu płuc czyni cię szczesliwą, nie wahaj sie ani chwili. Nie żałuj pieniędzy na koncerty, książki i bilety. Zachłystuj sie życiem. 

O, juz nie płaczesz? Pozwól, że przepowiem ci przyszłość. Pierwsza miłość jest piękna, ale nie musi byc najważniejsza. Druga też nie. Czekaj, bo w twoim życiu jeszcze pojawi się ten ktoś i uwierz, to będzie taka osoba, jakiej prawdopodobnie się nie spodziewasz. Stres nie minie i problemy się nie zmniejszą, beda rosnąć razem z toba, a ty jeszcze nieraz poczujesz się jak zagubiony przedszkolak, ale z biegiem czasu nauczysz się z nimi radzić. Przewrócisz się jeszcze tysiąc razy, ale zawsze znajdzie się ktoś, kto pomoże ci wstać. Piosenki, przy których teraz płaczesz staną sie tymi, które będziesz ze śmiechem i sentymentem śpiewać w samochodzie, prowadząc i trzymając dłoń na kolanie osoby, która stanie się całym twoim światem. Będzie ciężko, ale cholera, dasz sobie radę. I będziesz wspominać buntownicze lata z nostalgią, ale i z uśmiechem. A ta szesnastolatka z grzywką i zaryczaną twarzą wyrośnie na dwudziestojednolatkę, ktora jest szczęśliwa. Nie wyrzucaj z serca tej młodości, trzymaj ją najdłużej jak tylko potrafisz.

Wytrzyj oczy, wstań. Jutro jest kolejny dzien. Pozwól mu nadejść, bo najciemniej jest przed wschodem słońca.