28 sierpnia 2014

4.

Chciałam napisać coś entuzjastycznego, opowiedzieć jak pięknie mi minął ten tydzień i jaka wdzięczna jestem za ludzi, z którymi go spędziłam. Jest czterdzieści osiem po północy, a ja leżę jak kloda, patrzę w sufit i nie potrafię ubrać swoich emocji w słowa. Przeleżałam tak prawie cały dzień, z krótkimi przerwami na jedzenie pizzy i palenie papierosów. Sam fakt, że na pełna dobę udało mi sie zapomnieć o poprawce egzaminu o której myśle codziennie od miesiąca mówi chyba wystarczająco dużo o moim aktualnym stanie.

Jest taki piękny moment w The Perks Of Being A Wallflower. Właściwie cała scena. Ostatnia. Chcę ją tu zacytować, bo idealnie opisuje to co czułam przez ostatnie dni. To nie jest nawet ważne, nie wydlubujcie sobie nad nią oczu, to tylko moje sentymenty.

"But right now these moments are not stories. This is happening. I am here and I am looking at her. And she is so beautiful. I can see it. This one moment when you know you're not a sad story. You are alive, and you stand up and see the lights on the buildings and everything that makes you wonder. And you're listening to that song and that drive with the people you love most in this world. And in this moment I swear, we are infinite."

Nie, nie będę opowiadać o tym, CO się działo, będę raczej pisać o tym z KIM. Wpis o muzyce pojawi się jeszcze niejeden, ten będzie o przyjaźni. Chyba. Znowu.

Pamiętam swój pierwszy komputer który dostałam na komunię, chyba jako pierwsza w klasie. Pamiętam mamę sadzając mnie przy stole, musiałam mieć wtedy z osiem lat, i poważnym tonem tłumaczącą, dlaczego internetowe znajomości są złe i niebezpieczne. Nie przewracajcie oczami, widzicie już, do czego zmierzam? Ciekawostka, posłuchałam się mamy. To znaczy, przez większość życia. Po głębszym namyśle potrafię przypomnieć sobie ze trzy osoby z którymi utrzymywałam kontakt te kilka lat temu, ale w głowie zawsze miałam to matczyne 'uwazaj'. 

Nigdy nie uważałam się za osobę samotną, ogólnie lgnę do ludzi i nie potrafię bez nich funkcjonować. I chyba dopiero w momencie gdy zorientowałam się, że wszyscy moi bliscy oddalili się nie tylko fizycznie - w ilości kilometrów - ale i mentalnie, jakiś malutki ośrodek w moim mózgu wystukal rozpaczliwe s.o.s., które jakimś cudem udało mi się odebrać.

Od komunii minęło 12 lat. Dwanaście lat spędzonych, mniej lub bardziej, w sieci. I dopiero po tych dwunastu latach któregoś wieczoru w lutym usiadłam przed monitorem z rozpaczliwym "potrzebuję kogoś, nie pasuję do miejsca w którym jestem, nie poradzę sobie tutaj sama". Ludzie przyszli sami. Nie wiem jak, nie wiem czemu, nie rozumiem dlaczego akurat do mnie. Tyle razy słyszałam pytanie "a jak właściwie się poznalyscie?" i ani razu nie potrafiłam na nie odpowiedzieć. Nie wiem. Wiem, ze jedenastka to moja szczęśliwa liczba, ze była szczęśliwa od podstawówki, a najszczęśliwsza była jedenastego lutego tego roku. I mimo, ze po jakimś czasie w moim życiu w końcu na powrót znaleźli się realni przyjaciele, nigdy nie będę w stanie wyrazić jak bardzo jestem wdzięczna, ze tamtego wieczoru w lutym postanowiłam założyć konto na Twitterze.

Szkoda, ze nie widzicie, jacy jesteście wspaniali. Szkoda, ze nie rozumiecie jacy jesteście ważni i ile znaczycie dla drugiego człowieka. Ile znaczycie dla mnie. Każdy z osobna i wszyscy razem. Nawet jesli tego czasem nie okazuje, jesli nie potrafię znaleźć słów zeby jakimś cudem znaleźć dla was odrobine ukojenia, jesli mam za krótkie ramiona zeby wyciągnąć je przez setki kilometrów... Ja patrzę, słucham, widzę. I pęka mi serce, jesli ktoś na kim mi zależy cierpi. Ale, kto z nas tak nie ma?

Wracając do minionego tygodnia, było magicznie. Nie wiem, czy kiedykolwiek w życiu uśmiechalam sie tak dużo i tak szeroko. Nie jestem pewna czy kiedykolwiek wcześniej potrafiłam tak bardzo cieszyć sie cudzym szczęściem. Nie żałuje ani sekundy, ani jednego momentu, ani jednej decyzji podjętej w tym czasie. I kiedy wczoraj wróciłam z Warszawy, weszłam do pustego domu, a potem do sypialni, poczułam pustkę. Ale nie tą depresyjną, przytlaczającą "nigdy cię nie zobaczę" pustkę, wręcz przeciwnie. Po prostu chodzę po domu, który jeszcze pare dni temu tętnił życiem i huczal od naszego śmiechu. Znajduje nasze porozrzucane rzeczy i odtwarzam w pamięci co sie działo.

Leżę kolejną godzinę i patrzę w sufit. Trochę dzisiaj płakałam, przyznaję. Ale ogarnął mnie dziwny spokój i łapię się na tym, że cały czas się uśmiecham. Poduszka powoli przestaje pachnieć Tobą, bo przytulalam ją cały dzień. Na stole nie ma juz plam po orzechówce, a na tarasie deszcz zmył popiół od papierosów. A ja nadal jestem spokojna. Jest mi pusto, ale jest szczęśliwie, bo wiem, że niezależnie co się stanie nie jestem już sama. I wierzę, że już nigdy nie będę. Bo to "zawsze" zabrzmiało inaczej niz każde poprzednie "zawsze", które słyszałam w swoim życiu. 

Mamo, myliłaś się.

2 komentarze:

  1. Nie wiem co mogłabym Ci tutaj napisać. Może po prostu chciałam, żebyś wiedziała, że czytam twoje "wypociny". Cieszę się, że się uśmiechasz, bo poprzednie wpisy nie należały do wesołych. Musisz być wspaniałą przyjaciółką, w ogóle wspaniałą osobą więc zasługujesz na to, by sprawy miały się dobrze, coraz lepiej.
    Masło maślane mi wyszło, przepraszam.
    PS: Uwielbiam ten film :).

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dziękuję, to dla mnie naprawdę wiele znaczy:) Uśmiecham się, moje wpisy wyglądają tak a nie inaczej, bo przez pisanie radzę sobie z tym, co siedzi w mojej głowie. Na ogół jestem wesołą osobą, chociaż może trudno w to uwierzyć.
      Dzięki, że jesteś i zapraszam do czytania:)

      Usuń