Jakoś nie mogę zostawić tego bloga. Niby nic tu nie piszę, niby wpadam raz na pół roku ale jak juz wpadam to zazwyczaj chcę zrzucić cos z serca. Zazwyczaj, bo dziś akurat tak sobie siedzę i postanowiłam coś skrobnąć, bdesperacko próbuję odwlec moment kontynuowania nauki do egzaminu (jeszcze 4 dni, zdążę. prawda?). Pewnie juz zauważyliście, że oprócz upartego zaniedbywania bloga i przepraszania za to na początku kazdego wpisu, mam tez skłonność (i słabość) do wszelkiego rodzaju podsumowań. Nie martwcie się, jako że rok akademicki kończy mi się w przyszły poniedziałek, planuję was nie zawieść i co nieco sobie tu zebrać do kupy.
Wiecie co u mnie, bo apdejtuję was 24/7 na twitterze. Sesja w pełni, miłość kwitnie, kostka skręcona, Anglia w wakacje na horyzoncie. Za 8 dni zaczynam wakacje i och, co to będą za wakacje! ... Będą takie same jak zawsze, z tym wyjątkiem, że chyba uda mi się uniknąć do tej pory nieodłącznego wrześniowo-poprawkowego stresu. Uff. No ale, do rzeczy.
We wrześniu przeprowadziłam się (znów) do nowego mieszkania, trzeci raz od rozpoczęcia studiów, co dawało mi całkiem zabawny wynik jednego lokum rocznie. Z zamiarem, ze tym razem będzie inaczej, tym razem zagrzeję w nim miejsce, a poza tym po raz pierwszy w życiu będę mieszkała z kimś, kogo kocham. Nadal się dziwię, że to wyszło tak naturalnie i nie czułam przed tym strachu ani obaw. Miałam mnóstwo planów, mnóstwo list do odhaczania: regularne sprzątanie, zdrowe jedzenie, -11kg do wakacji, sobotnie śniadanka i niedzielne spacery, regularna nauka, wszystkie egzaminy w 1. terminie, koła naukowe, wolontariaty, bla bla. Zabawne, za każdym razem tak planuję, w tym wypadku to było całkiem realne bo czasu miałam mnóstwo, ale tak jak zwykle - nie wyszło. Tylko ze, tak dla odmiany, nie jestem na siebie zła z tego powodu.
Zamiast regularnego sprzątania i sobotnich śniadanek nasza kuchnia zazwyczaj lśni czystością dopiero, kiedy wspólnie (!) zużyjemy ostatni czysty talerz i nóż, a zamkast śniadania do łóżka czasem zdarza się nam zjeśc ciasto w kawiarni obok. Zamiast niedzielnych spacerów jest niedzielne leżenie do 13 i gadanie o niczym, a zdrowe jedzenie przeplata się z comfort foodem (potrzebnym dość często w obliczu egzaminów i kolokwiów). Zamiast 11kg w dół jest 6 - połowa, ale prawie bez żadnych wyrzeczeń i diet. Poza tym, tydzien temu rozwaliłam sobie kostkę i przez kolejny miesiąc raczej sobie nie pobiegam. Wolontariaty dalej robię, ale tak dla odmiany idę na jakość, nie na ilość. O regularną naukę nadal walczę, bo przez moją standardową dezorganizację oblalam dwa egzaminy i jestem tym bardzo rozczarowana, ale to tyle.
A z rzeczy dobrych, acz nieplanowanych, zaczęłyśmy chodzić do schroniska. Nareszcie udało mi się rozwinąć w sobie zamiłowanie do gotowania. Dostałam się na praktyki do szpitala w Wielkiej Brytanii i ochłonę chyba dopiero za dwa lata. Nauczyłam się naprawiać piec gazowy i pralkę, wymieniać żarówki, ale nadal nie potrafie zabijać pająków. Przeprosiłam się z sukienkami. Nadal walczę ze swoją cerą nie nosząc podkładu. Zaangażowałam się społecznie w te wszystkie marsze, na ktore wielu nie chciało się chodzic "bo po co". Zawęziła, grono internetowych "znajomych" (bo tych z reala od zawsze mam wąskie grono). Czuję się o wiele lepszym człowiekiem niż jesienią.
Miałam okazję patrzeć jak moja miłość dojrzewa - i fizycznie, stojąc obok mnie, i metaforycznie - we mnie. Może to daleko posunięty emocjonalny ekshibicjonizm, może to zbyt patetyczne (mam to w zwyczaju), ale my we wrześniu i my teraz to dwa różne światy. A przyszło mi to do głowy tylko dlatego, że na shufflu włączył mi się Ed i przez chwilę poczułam się jak ta głupkowato i dziecięco zakochana Amy sprzed prawie 2 lat, tłukąca się w sierpniowy wieczor polskim busem z Warszawy z powrotem do Wrocławia. Czułam się wtedy tak dojrzała, że patrząc z perspektywy czasu mnie to śmieszy. Nigdy w zyciu nie czułam w sobie takiej zmiany jak przez ten czas. Ale moze to kwestia czasu. Może tak juz bedzie zawsze, co roku. Pewnie bedzie. Ale czuję się w tym świecie jeszcze całkiem nowa i nieobyta.
Cieszę się, że w końcu mam namiastkę takiego prawdziwie swojego (naszego) miejsca na świecie. Ze swoją szafą, naszym łóżkiem, lodówką, tylko naszą łazienką. Moja mama zawsze się obraża, kiedy czasami z rozpędu na to mieszkanie mówię "dom", ale mimo wszystko to jest pierwszy nasz prawie-własny kąt i trochę nie mogę się doczekać, aż wrócę tu po wakacjach.
Ostatnie słowo na to pochmurne niedzielne popołudnie - spójrzcie w siebie, skupcie się w końcu na sobie a nie na oburzaniu się na cały swiat o każdą błahostkę. Idiotów nie brakuje i zawsze bedzie z kim i o co sie kłócić - ale po co? Wyznaczcie sobie realne cele. Przestancie prosić się o uwielbienie u bezimiennych ludzi z internetu i udowadniać sobie samemu swoją wartość w sieci - po co wam to? Polecam odpięcie kabelków na jeden weekend. A ja sama wracam do nauki, trzymajcie kciuki we czwartek.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz